Image Slider

[367]

[21 Jul 2017]

(…)
Biskwit, gdy jako matka pracująca, odprowadzam go o poranku do placówki imienia świętego Wenancjusza z Bienenbüttel am See, wykorzystuje każdą okazję, by doskonalić techniki aktorskie według metody Stanisławskiego, kosztem mego macierzyńskiego sumienia.
Biskwit specjalizuje się w dramacie. Gra twarzą, potrafi na żądanie wycisnąć dorodną, aerodynamicznie doskonałą łzę, a żałość, którą dorzuca gratis należałoby destylować i rozpylać na seansach 'Angielskiego pacjenta'.
Jako, że Biskwit był zawsze entuzjastycznym uczestnikiem życia publicznego w placówkach edukacyjnych, ta nagła, świeża zmiana wydała się niepokojąca. Jednakoż, gdy czterokrotnie, targana wyrzutami sumienia, przedarłam się przez pokrzywy i zajrzałam  w okna Szwabskich Kluseczek, stało się jasne, że Biskwit konsekwentnie po moim wyjściu tańczy na stole i nurza się hazardzie gier karcianych, rozpaczając wyłącznie wtedy, gdy inny kurdupel placnie o stół stritem z taką kartą, której Biskwit akurat nie miał w rękawie.
Gdy powracam z pracy Biskwit igra na ulicy pod troskliwym okiem sąsiadów.
Biskwit dostrzega mnie, macha, wrzuca piąty bieg i pędzi w moją stronę.
Wzruszona padam na kolana i rozpościeram ramiona.
(Do tej sceny należy koniecznie podłożyć sobie czołówkę z 'Rydwanów Ognia'.)
Biskwit pędzi.
Łupie bosymi stopami o kamienie.
Jest coraz bliżej.
Lada moment wpadnie w me objęcia
(wszyscy wstrzymują oddech)...



i...
No i Biskwit wymija mnie, skręca i biegnie dalej, bo młodzież bawi się w Indian i akurat skalpują kogoś w garażu po lewej.
Ale to i tak nie są najgorsze tortury, to nie przez nie kwestionuję zasadność podjęcia życia zawodowego.
Najokrutniejsza tortura ma miejsce każdego dnia roboczego o piętnastej trzydzieści.
O tej porze fabryka po drugiej stronie ulicy, kombinat na wprost mego biurka, rozpoczyna codzienną produkcję piętnastu tysięcy drożdżówek z serem.
Nie sposób się skoncentrować, gdy nadpływa i wisi nad człowiekiem monstrualna chmura aromatu piętnastu tysięcy świeżo upieczonych drożdżówek.
Po prostu, nie sposób!

(No, bo o takich rzeczach, że ślubowawszy, że w tej pracy będę nadzwyczaj elegancka, i że w tej intencji kupiłam sobie nawet żakiet, i lipsztyk, i wyjęłam z szafy pantofle na obcasie, a w pierwszą delegację udaję się do obory gapić się na mechanikę wymion, to nawet nie ma co wspominać.)


©kaczka

[366]

[15 Jul 2017]

(…)
Nieustanne zamieszki w mojej Strefie Komfortu.
Z jednej strony jest przeraźliwie łatwo, z drugiej okrutnie trudno.
Jedni przynoszą mi odkrój czekoladowego placka, cięty na bogato, po cięciwie.
Inni - skoroszyty pełne spraw rozgrzebanych od czasów Bismarcka.
Strach maskuję zapachem, który Norweski mi kupił w drogerii.
Zapach nosi tytuł 'Szansa'.
Profetycznie, acz Norweski zaklina się, że wyszło mu to przypadkowo.
Trzeciego lub czwartego dnia, aby poczuć, że uczyniłam wreszcie coś pożytecznego, postanowiłam posprzątać biurko, przy którym mnie posadzono.
W czterdziestej ósmej szufladzie znalazłam garść monet sprzed Wielkiego Muru.
Erefenowskie fenigi.
Trochę lękam się sprzątać dalej, bo co, jeśli znajdę ich właściciela?
Z pozytywów, napisałam dwa listy po niemiecku i od trujących wyziewów ich skarlałej, zdegenerowanej gramatyki nie wyłysiał jeszcze żaden jednorożec.
Pierwszy wolny weekend.
Dwadzieścia lat do emerytury.
Zleci.

©kaczka

[365]

[11 Jul 2017]

(…)
Zdaje się, w minioną środę, o poranku, zastukał do drzwi Wynajemcowy.
Ledwiem otworzyła, zza pleców Wynajemcowego wyskoczyła Wynajmcowa i wpadłwszy w neurotyczne drgania zaczęła z siebie emitować przesłanie, że 'ważneważneważneważneważne', że to, co mi zaraz powie Wynajemcowy to najważniejsza rzecz jaką usłyszę w życiu.
Takoż zamarłam w oczekiwaniu!
Zastygłam z emocji, że może oni akuratnie zleźli z jakiejś góry, gdzie dano im w depozyt przykazania wersja 2.0 i akurat do nas było im najbliżej i najbardziej po drodze.
Były przesłanki.
Wynajemcowy był cały zapocony, cały mgłą zaszedł, rzęził i ciężko w nim świszczały bajpassy.
Za jego plecami Wynajemcowa wykonywała nadal jakiś układ choreograficzny 'ważneważneważneważneważne' sprowokowany raczej odstawieniem prozacu niźli autentyczną fascynacją Barysznikowem.
Taka scena.
Ja w pidżamie, Wynajemcowy walczy z niewydolnością krążenia, w tle Wynajemcowa – kankan, naprzemiennie z pasodoble.
Moja moralna autonomia nie mogła się zdecydować, czy zepchnąć ich ze schodów, czy wzywać ambulans.
Na szczęście dla autonomii, dalej jest tak, że po sześćdziesiątym ósmym zapewnieniu Wynajemcowej, że 'ważneważneważneważneważne', Wynajemcowy siłą woli powstrzymuje tachykardię i wychrypia coś w ten deseń: Pani da telefon do męża!
(Za plecami sto pięć kilo Wynajemcowej nadal skanduje 'ważneważneważneważneważne'.)
Gdym oddaliła się po notatnik z telefonami i wróciłam po tygodniu, stan Wynajemcowego był nawet dość stabilny, wskazywał, że pod moją nieobecność tenże zdefibrylował się przy użyciu dynama z roweru i baterii od dzwonka do drzwi. A Wynajemcowa nadal drgała i robiła chórek.
Nim zdążyłam, dostojnie przy tym obśliniając palec wskazujący, z godnością przekartkować notatnik do litery EM jak mąż, Wynajemcowy poddał się i uznał, że wystarczy mu mój telefon.
Mój Boże, toć przecież musiałam zamknąć ten notatnik i przewracać z godnością do ŻET jak żona!
Dotarłam prawie do KA, gdy Wynajmcowy nie zdzierżył, oddarł róg recepty na xanax, którą wytrząsnął z Wynajemcowej i zapisał mi tam sekwencję liczb mówiąc, żebym sobie sama zadzwoniła.
Do kogo i w jakim celu tego się już nigdy nie dowiemy, bowiem Wynajemcowa w trakcie podskoków w pobliżu okna zauważyła, że gołąb defekuje im na limuzynę i pobiegła się mścić, a Wynajemcowy za nią.
Tak, zostałam z narożnikiem tej recepty, ale wyparował!
Może uległ samozniszczeniu?
A może wystarczyło, że Biskwit przeszedł obok?

(…)
W ciągu dwóch dni wykonywania pracy zawodowej przeszłam dwa większe i kilka pomniejszych załamań nerwowych, usłyszałam około czterdziestu wzajemnie się wykluczających porad odnośnie fengszui skrzynki mejlowej, otrzymałam dwadzieścia siedem linków do sekretnie zahasłowanych, kluczowych stron internetowych oraz przekonałam się, że do części z nich kod dostępu administratorzy zabrali ze sobą na wakacje, a w skrajnych przypadkach, nawet do grobu.
Jeszcze nie mogę się zdecydować, czy jest fajnie, czy może wręcz przeciwnie.
Ale gdy nikt nie patrzy, to zakradam się głaskać bakterie.


©kaczka

[364]

[5 Jul 2017]
Byliśmy z Norweskim na wieczorku zapoznawczym u Montessorian.
Bez dzieci, ale montessoriańskie naszpanie nie uznały tego za przeszkodę, by nie potraktować nas jak swoich podopiecznych. One prawdopodobnie nigdy nie wychodzą ani z roli, ani z pracy.
Zanim jednak przyszło nam siedzieć na dywaniku i śpiewać bujając się przy dźwiękach gitary i nadludzką siłą woli przypominać sobie, że wszyscy tu zebrani możemy już kupować alkohol bez konieczności okazywania dowodów tożsamości, tośmy najpierw z Norweskim zdobyli twierdzę.
Nie licząc doświadczeń z dzieciństwa, Montessorianie to chyba piąta lub szósta placówka edukacyjna w naszym życiu, do której z Norweskim, nie zawsze razem, ale uczęszczamy. (W dodatku, znamienne, nigdy nie uczęszczamy z własnej woli!)
To uczęszczanie przekłada się na praktyczne i bogate doświadczenie w łamaniu kodów dostępu do pilnie strzeżonych budynków.
Takoż i tym razem, stanąwszy u drzwi Montessorian, bez problemu pokonaliśmy zestaw bram wejściowych do kolejnej świątyni edukacji.  Przecieliśmy odpowiednie kable, do detektora soczewek przystawiliśmy szklane oko wydłubane pluszowemu misiowi, a odciski palców potrzebne do identyfikacji wyrzeźbiliśmy w topinamburze na cito szwajcarskim scyzorykiem. Poza tym Norweski jest długi, więc przerzucił się nad fosą pełną rekinów, a ja suchą nogą przeszłam po Norweskim jak po zwodzonym moście na drugą stronę.
I tak wtargnęliśmy do placówki, piętnaście minut przed rozpoczęciem imprezy integracyjnej dla rodzicielskich neofitów, więc naszpanie nie bardzo wiedząc, co z nami robić oddelegowały nas na spacer do ogródka.
Obejrzeliśmy ten ogródek dwieście szesnaście razy, raczej niespiesznie, co daje pewne pojęcie o areale posesji, a tymczasem nikt nie nadchodził. Dawno minęła godzina rozpoczęcia spotkania, sześćdziesiąty ósmy raz zachwyciliśmy się urodzajem pomidorów, a tu nadal nikt nie nadchodził. Norweski zaczął już nawet podejrzewać, że jesteśmy jedynymi zaproszonymi gośćmi i to dla nas ustawiono krąg czterdziestu krzeseł i podano czterdzieści szklanek wody, ale na szczęście, któraś z naszpań wyjrzała na zewnątrz i uratowała pozostałych uczestników tej intelektualnej przygody, tych Robinsonów alternatywnej, antypruskiej edukacji, którzy stali od kwadransa pod bramą nawet nie próbując jej choć odrobinę sforsować.
No, nie wiem. Zeby tak nawet trochę nie potarmosić klamki?
To doświadczenie podzieliło nas na dwa obozy: my i oni. My, czyli kaczka i Norweski. Oni, czyli 'nie przejdę przez płot, bo mi się jeszcze krawat wkręci w girlandy kolczastego drutu'.
Oni patrzyli podejrzliwie, czym nasze 'my' zasłużyło sobie na ten nieautoryzowany dostęp do ogródka i ekwiwalent priority boarding w Ryanairze.
Ten podział był na szczęście chwilowy, bo naszpanie natychmiast poddały nas rozmaitym eksperymentom psychologiczno-socjologicznym, odzierając nas przy tym z godności osobistej, więc w mgnieniu oka byliśmy już wszyscy równi, sponiewierani i w jednakowym stopniu poniżeni.
To zbliża.
Dochodziła już dziesiąta wieczorem, spotkanie miało zakończyć się pół godziny wcześniej, spod wieszaczków dochodziły dramatyczne echa telefonicznych negocjacji z opiekunkami do dzieci: 'Tak, już wracamy, jest ogromny korek na autostradzie! Gitara? Słychać gitarę? A nie, to z radia. Simon i Garfunkel!' i wtedy jedna z naszpań, Łotyszka o kwintesencjonalnie słowiańskiej urodzie (precel złotego warkocza nad rumianym licem),  postanowiła nam zademonstrować, jak Montessorianie obchodzą urodziny kurdupli.
Jest to rytuał charakterystyczny dla wyznawców tej religii i opiera się na odpalaniu stosownej ilości świeczek i odczytywaniu rozdziałów z księgi życia solenizanta, którą przygotowują dlań protoplaści. W tym czasie lektury solenizant z bibułkowym, hippisowskim wiankiem na czerepie popyla po okręgu z globusem pod pachą. Taki trochę Atlas, trochę Kopernik. Jako, że lata wokół słońca wymalowanego na dywanie to każdy kolejny obieg, jak się domyślamy, ma prawdopodobnie symbolizować kolejny rok życia.
I to zaiste piękne, alegoryczne i metafizyczne, ale naszpani z Łotwy okazała się niespełnioną prozaiczką i niestrudzoną księgową losu i historię życia swego dziecka zapisała w kilkuset tomach.
(A z opiekunkami to jak z opłatą za parking. Stawka liczy się od każdej rozpoczętej godziny.)
Równie dobrze solenizant mógłby krążyć z modelem Saturna, bo jeśli rok tam trwa trzydzieści lat to mniej więcej tyle czasu potrzebowałaby naszpani, aby podzielić się z nami niesamowitością swego dziecka.
To dziecko ma jedenaście lat, więc były chwile grozy, że przyjdzie brać kredyt by spłacić opiekunki oraz, że już nigdy nie wyjdziemy z tego kręgu, aby obejść urodziny własnych dzieci, a przynajmniej nie te wcześniejsze niż osiemnaste, ale na szczęście zabrakło zapałek i nie dało się kontynuować ceremonii.
Zatem tylko podpisaliśmy zgodę, że w przypadku nagłego załamania zdrowotnego mogą podać Biskwitowi wyciąg homeopatyczny z kurdybanka, okadzić lub obłożyć dziecko babką lancetowatą i daliśmy nogę.
Tym razem biegło za nami czterdzieścioro rodziców, bo zrozumieli, że jesteśmy ich jedyną szansą, by wydostać się na wolność.
Wszak mamy scyzoryk i szklane oko misia.

©kaczka

PS W tym miejscu ogromne podziękowanie dla Norweskiego, który nie tylko wspierał mnie moralnie podczas trwania tego spotkania (Patrz, kaczko, mówił na przykład, a jednak są tacy, którzy mówią po niemiecku gorzej niż ty i wskazywał przy tym na osobnika z włoskojęzycznej części Szwajcarii), ale potem oddał mi własny komputer, abym mogła napisać tę notkę. Albowiem, mój  stuletni hp Pavulon wyzionął ducha i trzeba było odłączyć go od aparatury podtrzymującej życie. Pisanie w OpenOffice, w obcym sprzęcie z niemiecką klawiaturą i w stustopniowym upale jest nie lada wyzwaniem. Kilka razy zalałam się łzami na myśl, że przyjdzie mi ołówkiem dopisywać na ekranie wszystkie ogonki i kreski, ale Norweski połączył jakieś przecięte scyzorykiem kable, coś tam wyrzeźbił i chyba działa.
W tych warunkach nie miałam już siły na standardowe, załamanie nerwowe na tle interpunkcji, więc tak, z przecinkami jest tu pewnie jeszcze gorzej niż zwykle. Za co z serca i pozostałych organów wewnętrznych – przepraszam.

[363]

[29 Jul 2017]

(...)
Strajk antywerbalny trwa. Tydzień piąty.
- Biskwicie, rozmawiałaś dziś z naszpaniami?
- Yhy
- I co im powiedziałeś?
- Guten Tag
- Coś jeszcze?
- Tsch
üss!

(...)
Trwa również poszukiwanie au-pair.
Właściwie to już nieomal zgodziłam się na Miguela z Barrrhelony, który jak każden Hiszpan zaklina się, że mówi płynnie we wszystkich językach nowożytnych, a w wolnym czasie studiuje literaturę niemiecką i aktywnie, jako reprezentant swej dzielnicy, uczestniczy w katalońskiej tradycji budowania kilkupiętrowych wież z żywych ludzi.
Biskwit przeraźliwie się podjarał wizją budowania wież z ludzi.
Ale Miguel zamilkł.
Może to tylko brak zasięgu na czwartym piętrze, a nie aby, że Miguel spadł i złamał sobie el coxis?

©kaczka

[362]

25 Jun 2017]

(...)
To było tamtej jesieni.
Siedziałam na niewygodnym, twardym krześle przy oknie, w oddali błyskało Atomium, trawiła mnie gorączka, a przewodniczący komisji, zgodnie ze zwyczajem, przedstawiał zebranych. Imię, nazwisko, stopień, krótka nota biograficzna, proszę powstać i pomachać zebranym.
Trochę słuchałam, trochę próbowałam sobie przypomnieć, ile już od rana zażyłam paracetamolu, gdy do uszu mych dotarło, że mowa o ekspertce w mej własnej dziedzinie, specjalistce od, autorce tego i owego, właścicielce i współwłaścicielce patentów,  mikrobiolożce z prawie dwudziestoletnim stażem.
- Oooo! – pomyślałam, odklejając rozpalone czoło od chłodnej szyby. – Pokażcie mi ją! Gdzież ona? Pójdę i poproszę ją, aby została mi Hanną Krall dla mej kariery mikrobiologicznego Mariusza Szczygła.
Ale jak okiem sięgnąć, nikt nie podrywał się z krzesła.
Do chwili, gdy siedząca tuż obok Islandka  kuksnęła mnie w bok, jak to pewnie Islandczycy czynią z wyrzuconymi na plażę orkami, by ocenić, czy jeszcze żyją i rzekła, że to o mnie mówi przewodniczący i że swoją inercją sabotuję wszystkim długość przerwy na kawę. A ona ma do napisania jeszcze siedem raportów przed obiadem. Więc?
Więc wstałam, pomachałam, a potem potknęłam się o dysonans i czym prędzej usiadłam pod ciężarem odkrycia.
Zdałam sobie bowiem sprawę, że kompletnie zlekceważyłam, ile pożytecznych dla ludzkości i całkiem niegłupich rzeczy wykonałam w swym życiu.
I ile jeszcze prawdopodobnie mogłabym zrobić.
I wydłubałam z pamięci tę chwilę, ten moment, gdy po raz ostatni odwieszałam swój laboratoryjny fartuch, który ledwo już wtedy opinał trzydziesty czwarty tydzień Biskwita. Obok mnie stał mój szef, ja wydłużałam w nieskończoność mycie rąk zaciągając się tym charakterystycznym odorem przestrzeni, którą z ludźmi dzielą bakterie i myślałam, że oto nastąpił nieodwracalny koniec kaczki-mikrobiologa. A mój szef jakby czytając w tych myślach mówił, że nie wierzy, że nie powrócę do zawodu, że w mych żyłach płynie przecież  agar, a ja sama długo nie wytrzymam bez towarzystwa jednokomórkowców (zakładam, że miał na myśli mikroorganizmy, nie zaś niektórych kolegów z pracy). 
Wychodzi na to, że wytrzymałam trzy i pół roku.
Przeszłam sześciotygodniowy proces rekrutacji.
Opowiedziałam swój życiorys rozmaitym, czasem pewnie zupełnie przypadkowym ludziom na czterech kontynentach.
Rozwiązałam kilkanaście zestawów testów psychologicznych, które miały ujawnić, czy cierpię na kompleks Edypa i czy moczę się przed publicznymi prezentacjami?
Dobrowolnie poddałam się testom na zażywanie substancji odurzających.
I oto za dwa tygodnie znów będę mogła do woli zaciągać się odorem bakterii.
Będę krzyczeć na ludzi i wymagać, by robili to, co im mówię.
(Czyli mniej więcej, tak jak w domu, ale będą mi za to płacić!)

©kaczka

[361] rolnik szuka żony a kaczka szuka au-pair

[22 Jun 2017]

(...)
Miesiąc temu Biskwit rozlał wodę w przedszkolu i został za to, tak  twierdzi, niesprawiedliwie i publicznie wychłostany werbalnie.
(Ja tam nie jestem ekspertem, ale może gdyby ta woda stała w poręcznym dzbanku z uchem a nie w półtoralitrowej, miękkiej butelce PET to sfiksowane na niezależności trzylatki nie stanowiłyby zagrożenia powodziowego?)
Od tamtej pory Biskwit w ramach protestu przestał odzywać się do personelu.
Gawędzi z współosadzonymi, ochotnie śpiewa w przedszkolnym chórze, rozmawia z przyrodą ożywioną i nieożywioną, wygłasza eulogie na pogrzebach wróbelków i biedronek, ale kompletnie zarzucił ekumeniczny dialog z naszpaniami.
Jest uprzedzająco uprzejmy, wykonuje polecenia, synchronicznie defiluje na paradach, sprząta po sobie zabawki, ale milczy.
Nie pomogły nawet szwajcarskie czekoladki.
Nie przypuszczałam, że mój własny upór może zstąpić na ziemię w formie jeszcze doskonalszej.
(Na miejscu naszpań dobrze schowałabym jogurt.)

(...)
Dacie wiarę? kaczka szuka au-pair.
Nie sądziłam, że to się kiedyś nam zdarzy.
A tu o!
Życie ciska w człowieka przypadkami jak krążkami frisbee. Trzeba je przytomnie łapać w zęby jak tresowany wyżeł, bo jak taki przypadek łupnie w ciemię to trudno potem odzyskać przytomność.
No to, proszę, wychodzę naprzeciw wyzwaniu, pierwsza liga ‘Sokoły Frisbee’, rozwieram aparat ortodontyczny i łapię.
Dwie stacjonarne agencje, z którymi nawiązałam rozmowy miały akcent rosyjskiej mafii, trzecia robiła wrażenie lokalnego oddziału handlu mieszkańcami Kenii i Nepalu.
W czwartej poinformowano mnie przez telefon, że ich klientem może zostać wyłącznie rodzina z solidnie udokumentowanym aryjskim pochodzeniem, gdyż firma musi dbać o swoją reputację. (Bo my tu od lat pracujemy na naszą reputację. A pani jest skąd? Z Polski? Tak. Z Pol... bip.. bip... bip... bip... I nawet nie zdążyłam zaintonować Roty.)
Poszłam tedy w stronę specjalistycznych portali internetowych.
Nigdy nie miałam do czynienia z biurami matrymonialnymi, ale węszę, że to musi być podobne doświadczenie.
Pokazujemy wyretuszowane zdjęcia z ośnieżonych stoków St. Moritz, udowadniamy odwagę reportażami ze zdobycia  Mount Everestu, gdzie z torsu Tenzinga wystaje nasza twarz wklejona w fotoszopie i licytujemy się, kto ma bardziej udane dzieci – my, czy konkurencyjna rodzina z Chelsea, która oprócz dzieci to ma jeszcze lokaja, ogrodnika, kucharkę i co tydzień lata po trufle do Dubaju.

Zatem, ja tu mamię, że nasze mieszkanie w suterenie to znakomita okoliczność, by stać się rekinem w oceanie odpowiedzialności i samodzielności,  a oni mi na to, że tak, tak, bardzo chcą nurzać się w tej obcej,  europejskiej kulturze i stać się częścią naszej rodziny, i pokochać nasze dzieci, i jest to oczywiście, bez żadnego związku z tym, że w Teksasie można pić piwo dopiero od dwudziestego pierwszego roku życia, a Niemcy to Oktoberfestland i i w dodatku na tyle daleko, że mamusia nigdy się nie dowie o absencji w szkółce niedzielnej.
I piszą mi też, że lubią czytać Stephena Kinga (!?!)
I że chcieliby przywieźć kajak. Czy w związku z tym mogę im zorganizować jakąś rwącą rzekę?
I co sądzę o chomikach mandżurskich i czy taki chomik potrzebuje wizy? Jednej dla całej kolonii, czy każdy z trzydziestu osobników musi mieć własną?
I czy w Niemczech można dostać specjalistyczną karmę dla chomików mandżurskich po transplantacji nerek?
I że z wykładów z psychologii w collegu w Chickasawhatchee, pamiętają doskonale, jak ważne jest dla dzieci poczucie stabilizacji i budowanie trwałych więzów, a my bylibyśmy czwartą lub piątą rodziną w tym roku, z którą chcą te więzy zaplesć w żelbetonową bransoletkę dożywotniej przyjaźni.
I czy będę im gotować spaghetti z malutkimi hot-dogami?
Trochę jestem pod ścianą, więc pewnie będę.

(Tak, to jest właśnie TEN MOMENT, ta kandyzowana wisienka na zakalcu życia, gdy można zamieszkać w kaczej suterenie. Zatem jeśli jest ktoś, komu źle życzycie to pora podać mu koordynaty i namówić na casting na au-pair u kaczki. Na życzenie gotowa jestem rzeźbić kopie dzieł Rodina w hot-dogach.)

©kaczka

[360]

[20 Jun 2017]

(...)

Biskwit na czeresni. Autoportret (2017)

(...)
Wczoraj, po dwóch tygodniach czerwcowych wakacji, dzieci zeszły z czereśni, a szkoła podjęła wreszcie czynności edukacyjne.
I od razu, tego samego dnia, nadesłała dzieckiem pocztowym informację, że nauczyciele mdleją przy tablicach, bo w tysiąclatce wykonanej w 1966 roku z boazerii, PCV i azbestu przy trzydziestu stopniach Celsjusza brakuje powietrza.
Powietrza nie ma też na wybetonowanym, pozbawionym jakiejkolwiek roślinności szkolnym placu zabaw.
(Więzienny spacerniak jawi się jak histerycznie radosne miejsce rozrywki, jak lunapark, jak Tivoli, jak Disneyland Orlando w porównaniu z tym szkolnym placem zabaw.)
Wobec tego, trzask prask, Dyrekcja skraca lekcje i co nam pani zrobisz, nic nam nie zrobisz. Nie mamy pani płaszcza.
Usiadłam tedy wczoraj, dosyć poirytowana, bo oto wszak już w lipcu zaczynają się kolejne szkolne wakacje, by napisać szkole, co o tym myślę, odwołując się do moich kombatanckich doświadczeń.
Chciałam Dyrekcji powiedzieć, że oświata za żelazną kurtyną nigdy nie uginała się przed zjawiskami meteorologicznymi. Że jak, na przykład, był mróz i dwudziesty stopień zasilania to człowiek fedrował wiedzę w rękawicach i czapce uszatce i nikogo nie interesowało, czy nabawi się zapalenia pęcherza. Takoż, żadnym usprawiedliwieniem nie bywały udary słoneczne, ani nawet poparzenia trzeciego stopnia.
Planowałam wysłać ten list jutro, ale szkoła chytrze mnie ubiegła przekazując dziś, dla odmiany, informację o tym, że wszy się przegrupowały i znów atakują.
Na niespotykaną nigdy wcześniej skalę.
I oto proszę. Nagle już mi aż tak nie zależy, aby Dynia chodziła do szkoły.
Właściwie to mogliby zupełnie odwołać te lekcje.
I ja już nawet nie mam pretensji, że placówka błogosławionego Eufemiusza z Ratyzbony ogłosiła, że organizuje dzień rekolekcyjnego skupienia dla nauczycieli i z tego względu proszę nie przyprowadzać dzieci do placówki, bo personel będzie w tym czasie odpoczywał w Duchu świętym... i co nam pani zrobisz, nic nam nie zrobisz.
Nie mamy pani płaszcza.


©kaczka

[359]

[19 Jun 2017]

(...)
Gdyby Wynajemcowa była ucieleśnionym projektem tego samego  konstruktora, który zbudował naszą zmywarkę do naczyń to przy krytycznych temperaturach otoczenia (akuratnie dobijamy do 32 stopni Celsjusza) wyświetlałaby gdzieś na torsie, jak przeterminowany Teletubiś, komunikat ‘ERROR ERROR’ i byłoby jasne, że poluzowały jej się styki.
(Co ciekawe, jako antidotum na ‘ERROR ERROR’ producent oficjalnie i bez krępacji zaleca wywlec zmywarkę na środek kuchni i intensywnie nią potrząsać. Kuszące, Wynajemcowo, kuszące!)
Ponieważ Wynajemcowa niczego nie wyświetla to nie sposób stwierdzić, czy w jej wypadku pomógłby taki manewr Heimlicha wykonany na tym, co tam uchowało jej się w przeciągach pod sklepieniem czaszki. Wszak możliwe, że tak po prostu wygląda codzienne życie kogoś, kto na własne życzenie zamieszkał w wydrążonym leśnym muchomorku, zajmuje się udojem jednorożcy, a z ich mleka pędzi najlepszy kumys na wschód od uśmiechu Kota z Cheshire.
A było to tak.
Trzy dni temu wraca Norweski wieczorem do domu po satysfakcjonującym treningu dzielnicowej ligii zbijaka, a zza śmietnika wychyna przyczajona odniewiadomokiedy Wynajemcowa i szarżuje z pretensją o treści, że sąsiedzi się skarżą! Na nas się skarżą! Dlaczegóż nie pozwalamy dzieciom z piwnicy i dzieciom ze strychu bawić się w ogródku?
Można by w sumie długo opowiadać.
Jesteśmy podli i nieużyci?
Dzieci roznoszą obrzydliwe choroby zakaźne?
Zasadziliśmy wyjątkowo rzadkie gatunki orchidei?
Staramy się o statut parku narodowego?
Żyje tam kret-mutant, który zjada niewiniątka?
Najważniejszy powód to jednak nadal i niezmiennie ten, że mieszkając na pierwszym piętrze nie mamy i nigdy nie mieliśmy żadnego ogródka!
Norweski twierdzi,  że gdy objawił tę prawdę Wynajemcowej, ta zastygła w bezruchu, zawiesiła się próbując przetworzyć informacjęi być może do tej pory stoi tam, gdzie ją Norweski zostawił.

Słowem, boję się wynieść śmieci.

©kaczka

[358]

[14 Jun 2017]

(...)
W siódmym roku macierzyństwa zupełnie przez przypadek i od niechcenia, osiągnęłam Olimp doskonałości w dziedzinie organizowania imprez urodzinowych dla nieletnich.
Jeśli bowiem urządza się taką imprezę w hangarze wypełnionym po sufit piłeczkami z gąbki, w niedzielny poranek, w najgorętszy dzień w roku, to w tym hangarze nie ma nikogo innego oprócz znudzonego i nieszczęśliwego dozorcy, znudzonej i nieszczęśliwej bufetowej oraz tej gromady kurdupli, których zaprosiło na swoje urodziny twe dziecko.

(Nie ma też tlenu, ale w tych okolicznościach to nawet zaleta.)
I oto nagle te kurduple wierzą, że cały ten obiekt – te wszystkie kulki, trampoliny, zjeżdżalnie, kosmiczne wirówki, ośmiornice zero-gravity i trójkołowe rowerki  - wynajęłaś w swej nieskończonej hojności wyłącznie dla nich.
(- I niech tak zostanie. Tej wersji się trzymajmy – rzecze kaczka i dyskretnie wypina pierś, na której połyskuje werbalny, diamentowy order ‘wszyscymizazdroszcząorazjesteśnajfajniejsząmatkąwcałejgalaktyce’)
Była to wyjątkowo samoobsługowa impreza. Jak nigdy! Wystarczyło, co jakiś czas uzupełniać spyżę i dolewać trunki, a po czterech godzinach poodklejać lub zeskrobać półprzytomnych uczestników częściowo pozatapianych (jak onegdaj Han Solo w karbonicie) w plastikowych elementach rozgrzanego hangaru, ugnieść ich na powrót w jakieś ludzkopodobne kształty i wydać opiekunom prawnym.
Na pohybel!
Dynia ma siedem lat.
Jest jeszcze lepszą wersją siebie niż rok temu, choć już wtedy była doskonała.
(Rzecz jasna, występują pewne rysy na tej Dyńskiej nieskazitelności charakteru, ale jako rzecze Norweski 'i w najlepszym serniku trafiają się czasem rodzynki'. W tym wypadku, nie zaprzeczam, być może są to rodzynki słowiańskie, dziedziczone po kądzieli. Takie maleńkie rodzynki sabotażu z lontem lub detonatorem, których eksplozje znoszą z kursu statek Ordnung Enterprise.)
I tylko żal, że siedmiolatkę w rozmiarze sto trzydzieści cztery centymetry tak już trudno przytulić, aby z objęć nie wystawały żadne kończyny i wypustki.

(...)
Tydzień temu zmaterializowała się Wynajemcowa.
Był wieczór. Pół ulicy siedziało na trawniku u sąsiadów. Dzieciny wypchane owocami zwisały z gałęzi czereśni jak zegary surrealistów.
Wynajemcowa nadjechała czarną wołgą.
Cztery razy.
Możliwe, że próbowała pozostać niezauważona, ale przy obowiązującej prędkości siedmiu kilometrów na godzinę oraz z powodu zasieków z gumy do skakania, dokładnie ją sobie cztery razy obejrzeliśmy, nim zatrzymała się po kolejnym okrążeniu gdzieś za śmietnikami i nadpłynęła z pytaniem, czy parkiet już się aby naprawił?
- Ale, że jak? Samoistnie? A nie, samoistnie to nieeeee, pani Wynajemcowo.
Przysięgam, dawno już nie widziałam tak szczerego zdziwienia na niczyjej twarzy, gdy przez neuron Wynajemcowej w końcu przebiła się ta informacja, że parkiet w naszym lokalu sam nie odrasta.
- ... ale korzystając z okazji, pani Wynajemcowo, gdzie jest list, w którym prądotwórca wyliczył, ile nam pani wisisz za suszenie grzyba-który-nie-był-grzybem silnikami od boeinga?
W tym momencie Wynajemcowa przypomniała sobie o czternastu włączonych żelazkach, które zostawiła w domu i mamrocząc coś o tym, że ojojojoj, listy to jej notorycznie giną, bo w końcu mieszka w tym jej pałacu siedmiu synów, a każdy ma żonę, a każda żona przynajmniej dwójkę dzieci, rzuciła się do ucieczki.
Prawdopodobnie, gdzieś wśród tych zaginionych listów leży w takim razie również nasze wypowiedzenie.
Bo – i to jest ta szalenie optymistyczna wiadomość – przeprowadzamy się!
Na drugą stronę ulicy.
Bliżej czereśni.
I tym razem, uprzedzając nieuniknione pytania, wbrew tradycji nikogo tym razem nie będę przy okazji rodzić.
Przysięgam.
(Acz, trochę szkoda, bo te córki to jednak chyba naprawdę nieźle mi wychodzą.)

©kaczka

[357]

[7 Jun 2017]

(...)
Poszliśmy do kina zażyć popkultury.
Zobaczyć tę popkulturę już trzy tygodnie po premierze, w sali hojnie obsianej popcornem, użyźnionej nachos o smaku czosnkowym, spływającej irygacją litrowych napojów ze słomką, to rzecz tak niewiarygodnie nieprawdopodobna, że do teraz drżę z podniecenia i z trudem trafiam palcami w klawisze.
I jeszcze w dodatku film taki życiowy, że człowiek nie może się powstrzymać, roni łzy wzruszenia i dosala sobie mimochodem wiadro kukurydzy,  bo reżyser tak udatnie scharakteryzował ludzkość, że aż za serce ściska.
Otóż leci ta ludzkość kolonizować nową planetę, leci tak siedemnasty lub siedemsetny rok. Przygotowywali się do tej misji przez dekady. Siedem lat im zostało. Na pokładzie dwa tysiące zakonserwowanych osadników. Czyli, tak jakby, wożą się po tym kosmosie z zamrożoną wsią Dwikozy (powiat sandomierski).
I co robią? Na dźwięk karaoke z mijanej, podejrzanej planety w ciągu pięciu minut zmieniają zdanie zarzucają wszystkie dotychczasowe plany i protokoły  i decydują się osiedlić tam, gdzie usiądą.
Oczywiście (uwaga! spojler!) siadają na Obcych, bo Sigurney rozwlekła ich po całym wszechświecie.
Ale Obcy z pikseli to już nie ta finezja w porównaniu z pierwszymi częściami, gdy Ridley lepił ich z plasteliny, bakelitu i bitumitu.
Rzecz jasna są flaki, krew, wydzieliny oraz wydaliny rozmazane po ścianach i ekranie, ale w siódmym roku macierzyństwa trudno mnie w tym temacie zaskoczyć i zrobić tak, żebym się szczerze wzdrygnęła.
Nie zdziwiło mnie też przesadnie, że ludzkość gdy tylko wysiadła na tej nowej planecie natychmiast zaczęła snuć plany typu: tu postawimy supermarket, a tu gabinet odnowy biologicznej, i macając wszystko gołymi łapami z miejsca rozlazła się samotnie po krzakach, a to na siku, a to na papierosa.
Wysyłanie w tę podróż załogi, której zbiorowe IQ nie przekraczało (spojler! nieuniknione użycie czasu przeszłego) IQ naszego tostera, uzasadnia  przewodnią myśl produkcji, że jako ludzkość nie zasługujemy na drugą szansę. Że o pierwszej nie wspomnę.
Ale film ten ma też bardzo pozytywne przesłanie, maleńki zdroik optymizmu.
Otóż jeśli kapitan statku kosmicznego, który przed chwilą dowiedział się, że Fassbender jest nieśmiertelnym psychopatą grającym na fujarce i produkującym genetyczne hybrydy w wilgotnej i zagrzybionej (ha!) piwnicy, jeśli tenże kapitan, który stracił najpierw statek, a potem swoją załogą wykarmił Obcych, lezie z własnej woli do tej piwnicy za Fassbenderem i  wierzy Fassbenderowi na słowo, że nic go tam  nie zeżre (spojler! a jednak zeżarło)...
No więc, jeśli taki człowiek został wybrany do misji przetransportowania wsi Dwikozy (powiat sandomierski) na drugi koniec wszechświata to uważam, że nawet ja miałabym szansę na posadę w branży kosmicznej.
Ni chybi biorą wszystkich.


©kaczka

[356]

[31 May 2017]

(...)
Czyż nie jest tak, że człowiek całą zimę wzywa ostrych jak żyletki słonecznych promieni UV, tęskni do orgii świeżego chlorofilu, fantazjuje o pływaniu z delfinami  na miejskiej, nadrzecznej plaży i śni o tych wszystkich koktajlach z palemką, które wysączy systemem połączonych słomek, gdyż rzecz jasna, ani mu w głowie zwlekać swój hedonizm z leżaka.
I rok w rok człowiek ów zapomina, że pakiet ten oprócz glamouru i lazuru ma również całą listę objawów ubocznych.
Alergeny, sterydy wziewne, astma, delfiny nie dopłynęły, na plaży salmonella i że nikt nie ma siły co pięć minut zbierać suchego prania ze sznurków.
(Stąd też i rzędy Biskwicich desusów tygodniami łopocą na wietrze jak buddyjskie flagi w Katmandu.)
To, że pranie schnie błyskawicznie ma jedną zaletę.
Sukienka Biskwita, ta jedyna z tysiąca sukienek, która ma kieszenie, jest po upraniu natychmiast gotowa do założenia. Ponieważ w miesiące z literą eM Biskwit nosi wyłącznie sukienki z kieszeniami  (oraz zimowe kozaki) w maju ta jedyna, która odpowiada specyfikacji, schnie samoczynnie. (A w marcu, bywało, trzeba ją było o świcie suszyć suszarką do włosów.)
W tych kieszeniach, uprzedzając pytania, Biskwit wynosi z placówki kamienie i piasek, a nawet i szyszki.
(Idę o zakład, że chodzi o podkop.)
Człowiek przypomina sobie, by sprawdzić te kieszenie,  gdy z pralki wydobywa się dźwięk kruszonych skał osadowych, po domyty żwir zgłasza się obsesyjno-kompulsywna cementownia, a z upranych nasion wyrastają samochodowe odświeżacze powietrza w kształcie choinek.

(...)
W tym tygodniu nadszedł list, w którym Dyrekcja Placówki imienia Ofiar Holocaustu przypomina, że rok szkolny kończy się lada moment. Niby ten moment wypada za sześć tygodni, ale mam wrażenie, że mój zbiornik czasu ma jakieś uszkodzone uszczelki i przecieka.
Dałabym bowiem głowę, że ta szkoła zaczęła się, góra, przedwczoraj.
Na szczęście, zanim odpaliłam na tym tle kompleksową depresję ('zasnęłam w grudniu, budzę się jest czerwiec?!?') okazało się, że w dalszych słowach swojego listu  Dyrekcja wyjaśnia, że placówka zmuszona jest przeprowadzić dwieście egzaminów ustnych w klasach końcowych i że do każdego egzaminu wymagana jest ustawowa obecność dwóch nauczycieli. Logistycznie jest to zatem przedsięwzięcie porównywane z podniesieniem z dna Titanica widelcem, odkopaniem Atlantydy przy użyciu jednego psa rasy jamnik i osobistym polizaniem własnego łokcia, zatem proszeni jesteśmy, aby się nie dziwić, że w te ostatnie tygodnie pani od religii przejmie lekcje geografii politycznej, woźny poprowadzi aerobic, a w ramach zajęć z matematyki dzieciny wypuści się na podwórko i każe sprzątać świat, żeby już było zaocznie za wrzesień.

Dziwić się?
Mua?
Takimi drobiazgami? Taką ledwie zmarszczoną falbanką na gaciach rzeczywistości?
Po pierwsze, nie mam czym się dziwić! Mój ośrodek zdziwienia uległ atrofii. Słońce przytrzasnęło mi mózg w gigantycznej maszynie do gofrów i prawdopodobnie nie otworzy jej póki nie wygładzi mi fałd i zwojów i nie wypiecze resztek w regularny, kratkowany, bezmyślny rzucik. Na chrupiąco.

Po drugie, od kilku tygodni jestem targetem fascynujących Przypadków, kaczką zbiegów okoliczności, drobiem zrządzeń losu. Na to wyprztykałam wszystkie nadwyżki zdziwień. Napisałabym już o tym dawno w detalu, ale muszę się powstrzymać, z obawy, że ta dopamina z euforyną to halucynacje wywołane przedawkowaniem leków przeciwhistaminowych.
Zatem ...cliffhanger!

©kaczka

[355]

[27 May 2017]

(...)
Główny plac miasta to całoroczny teren łowiecki.
Polują tam deweloperzy Królestw Bożych o najrozmaitszej denominacji. Członkowie lokalnych oddziałów partii politycznych wabią ofiary solowym śpiewem kupletów przy akompaniamencie gitary unplugged. Przyjaciele Ziemi  pozwalają głaskać trzygłowe ryby karmione glifosfatem i nabłyszczane DDT, a zwolennicy legalizacji substancji odurzających zbierają podpisy pod petycją ZA motywując, że znają szybsze sposoby, by zobaczyć trzygłową rybę w dowolnych dekoracjach.
Jednocześnie wszyscy oni chcą pieniędzy, jednorazowych datków, chronicznych  składek, zapisu nieruchomości w testamencie lub przynajmniej dwóch ojro, gdyż brakuje im pieniędzy na lekarstwo dla babci albo na bilet autobusowy do domu.
Główna zasada przetrwania – biec przez ten plac nieprzewidywalnym zygzakiem, nie nawiązując z nikim kontaktu wzrokowego.
Dziś się nie udało.
Zdeterminowany domokrążca UNICEFu rzucił się pod wózek z Biskwitem, a jego towarzysze okrążywszy nas, odcięli nam drogę ucieczki i zaczęli wyjaśniać, że celem zbiórki jest dożywianie głodujących, afrykańskich dzieci.
Są takie słowa, z którymi Biskwit łatwo się identyfikuje.
Jednym z nich jest ‘głód’.
Głód zawsze prześladuje Biskwita. Nawet jeśli  zaraz po obiedzie zjadł cztery precle z masłem, szesnaście rurek z kremem i dwadzieścia osiem bułek z dżemem. Zatem, gdy w narracji padło: ‘głód’, Biskwit przypomniał sobie, że od zjedzenia dwudziestej ósmej bułki z dżemem minęło już dziesięć minut, co usprawiedliwia rozpaczliwy ryk o treści ‘Nie jadłem cały dzień! Umieram z głodu!’ rzucony przez Biskwita prosto w twarz przedstawicieli UNICEFu.
Był to prawdopodobnie ten rzadki i wyjątkowy przypadek, gdy zbierający na rzecz, rzucili się przeszukiwać własne kieszenie, żeby złożyć datek na dożywianie potencjalnego dawcy.
W tym czasie Dynia przyniosła garść ulotek z sąsiedniego stoiska, w których Jezus zapewniał, że oto niebawem przyjdzie (Apokalipsa 22,7), co Dynię bardzo skonfundowało, zmarszczyło jej czoło procesem myślowym i wywołało wyrzuty sumienia odnośnie lekceważonych, domowych czynności porządkowych:
- Aleeeeeeeemaaaaaaaaaaamo?!? Jezus?! TEN JEZUS?! Do nas przyjdzie? ŻE DO DOMU? NIEBAWEM?
Biskwit zaś, który zwykle przymuszany jest, by odstępować swój lokal gościom, wyczuł niebezpieczeństwo i postanowił zawczasu się zabezpieczyć spazmem i jeszcze głośniejszym rykiem:
- Nie będzie spał w moim pokoju! Waaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaah!
No, a do tego bułką to już na bank Biskwit się nie podzieli.
Nie ma takiej siły.
Toteż lojalnie uprzedzam, że w Dzień Pański, nie zapewniamy bufetu.


Może jedynie suchy chleb dla koni jeźdźców Apokalipsy?

©kaczka

[354]

[18 May 2017]

(...)
Przerzucałam nocą kanały w telewizorze w poszukiwaniu jakiejś wartościowej wizji i fonii. Na przykład, filmu o katastrofie Hindenburga czy fabularyzowanej opowieści o produkcji mąki kukurydzianej...
Klik.
Wiadomości.
Klik.
Reklamy.
Klik.
Zombie kontra wampiry kontra Frankenstein kontra wilkołaki kontra kanibale kontra ludzie, którzy obgryzają paznokcie u stóp przy obiedzie...
Klik.
Reklamy.
Klik.
Kup komplet garnków kup krem pod oczy kup fontannę do salonu kup tysiąc kulek na mole. Drapaczka do pleców GRATIS! Kup kup kup!
Klik.
Wróż Gunther obnaży przed tobą twoją przyszłość za 4,99/min plus VAT.
Klik.
Goli ludzie w probówkach.
Kli...
Wróć.
GOLI LUDZIE bez pikseli?!
O rany! Faktycznie nudyści w probówkach!
- Norweeeeeeeeeeeeski – krzyknęłam. – Chonotu! Roswell to prawda. Kosmici przybyli na ziemię, pobrali próbki gatunku i robią na tych próbkach eksperymenty! I jeszcze przez przypadek jest live stream w naszej satelicie.
(Czasem, gdy na naszej satelicie usiądzie orzeł bielik albo dorodniejszy kruk to ona się obraca jak kogutek na wieży ratuszowej i przez tydzień odbieramy wiadomości z Istambułu. Na trzystu trzydziestu kanałach.)
Norweski przyszedł, rzucił okiem i powiedział, że to nie kosmici, tylko niemiecka TV tydzień temu wymyśliła taki nowy, szałowy i rewolucyjny format rozrywki.
Tłum ochotników włazi do szklanych rur i stopniowo na wizji eksponuje swoje drugorzędowe i trzeciorzędowe cechy płciowe. Najpierw do pasa, potem po szyję, a na końcu to nawet i twarz.
Ubrany uczestnik programu drogą eliminacji wybiera sobie spośród tychże ochotników partnera na ubraną (!) randkę, w stronę której odchodzą już wspólnie rozebrani (!).
- Norweski – powiedziałam, gdy minął mi szok pourazowy i gdy dysonans poznawczy udało mi się znów zagnieść w jedną gładką i homogeniczną kulkę swawolnej bezmyślności. – Myślę, że w takim razie widziałam już wszystko. Pora umierać!
Ale zaledwie chwilę później życie zweryfikowało moją pochopną opinię.
- Jestem panseksualistką – ujawniła uczestniczka programu i nim zdążyłam dobiec do Wikipedii wyjaśniła, że nie liczy się płeć, wiek, gatunek, ani nawet stan skupienia obiektu pożądania, liczy się wyłącznie uczucie.
- W takim razie teraz widziałam już wszystko! – rzuciłam hardo w twarz Wszechświatu, ale znów jak się okazało popełniłam falstart.
- Do programu zgłosiłam się, bo najbardziej cenię w ludziach... charakter. - wyznała uczestniczka, a ja natychmiast przełączyłam na przepowiednie wróża Gunthera .
Wiadomo, po co ryzykować, może i ten charakter dałoby się jakoś przebić?

(...)
I gdy wstałam rano myśląc, że widziałam już wszystko widziałam to okazało się, że jednak nie.
Ledwie skosztowałam porannej kawy, a oślepił mnie sygnał świetlny nadawany stroboskopem z podwórka.
Zanim dostałam ataku epilepsji,  zidentyfikowałam źródło.
Zła wiadomość jest taka, że to sąsiad z Drugiego Naprzeciwka ustawił sobie w ogródku uroczy wiatraczek ulepiony własnymi rękami z potłuczonych  lusterek.
Dobra wiadomość to ta, że słońce jednak odpaliło i działa. Dwadzieścia osiem w cieniu. Wiosna przeszła bokiem. Mamy od razu lato.
Zła wiadomosć to ta, że co mi po tym słońcu? Póki ten wiatraczek tam jest wkopany na siedem metrów w głąb gruntu to do zimy nie podniosę kuchennych żaluzji w obawie przed urazem neurologicznym.

(...)
Gdyśmy się ostatnio z naszpanią od Mastodontów zderzyły na trasie do placówki (ja szczęśliwie właśnie zdeponowałam dziecko, ona mniej szczęśliwie bieżyła by ponosić tego konsekwencje) tośmy się wymieniły informacjami. Ja o pogodzie, w skrócie, że beznadziejna. Ona, w skrócie, że Dynia uprawia na przerwach mezalians z Dawidkiem z klasy Oposów. Że Dawidek przychodzi po Dynię na każdej długiej przerwie i wspólnie idą na betonowo-cementowy spacerniak, gdzie oddają się rozmaitym rozrywkom.  I że absolutnie nie powinnam się niepokoić, bo Dawidek jest synem pana od wszelakich sztuk walki. Tych, co to Dynia je również pobiera i do których potrzebowała kija od szczotki.
Powiadam wam, słodycz zalała moje matczyne serce.
Młody ninja!
Syn pana od wszelakich sztuk walki!
Tego przystojnego pana, który od niechcenia, kantem dłoni, narąbie opału do kominka, a małym palcem u stopy obezwładni przestępcę wyrywającego staruszce torebkę.
O ileż to bardziej obiecująca partia niż szesnaście kilo metrowego Łukaszka, którego Dynia może nosić w torebce jak yorka!
I radowałam się tym romansem do ubiegłego czwartku, gdy po treningu Dynia przedstawiła mi Dawidka.
Metr wzrostu. Góra szesnaście kilo.
W tym formacie, w sztukach walki można go chyba wykorzystać wyłącznie do ciskania w przeciwnika.
Nabój do procy przeciw Goliatowi!
Z tego mi wynika, że w naszym domu też ceni się w ludziach charakter.

(...)
Tymczasem Biskwit, dzięki Szwabskim Kluseczkom,  rozwija się społecznie.
Nadzwyczajnie się rozwija.
Gdyby Obcy (TEN Obcy Ridleya) ewoluował społecznie tak szybko jak Biskwit to od tygodnia miałby już kartę do biblioteki miejskiej, a do tego  podpisany kredyt na mieszkanie w apartamentowcu oraz dyplom ukończenia (z wyróżnieniem) rocznego programu ‘Advanced Anger Management’.
- Nikola mnie popchnęła. Dwa razy – powiedział kilka dni temu Biskwit gdym go odbierała z placówki. Powiedział to jednak tonem wskazującym na to, że już zrobił sobie tabelkę w Excelu i analizuje trendy.
Przez kolejne dwa dni Nikola nie zaprzestała procederu, a wręcz zwiększyła częstotliwość.
Zanim zdążyłam wyrwać Nikoli serce, Biskwit wziął sprawy we własne ręce.
- Ale że co? – nie zrozumiałam, bo Biskwit pod wieszaczkiem tłumaczył mi pantomimą scenariusz tej konsumowanej na zimno zemsty. Wyglądało to tak, że wetknął sobie palec w nos, a po wyjęciu rysował nim kółka w powietrzu.
- Mnie się wydaje –Dynia, specjalistka w dziedzinie kontaktów z obcymi cywilizacjami, przetłumaczyła na ludzki – że Biskwit wetknął sobie ten palec w nos, a potem nim zamieszał w jogurcie Nikoli.
Biskwit nie potwierdził, ale niestety, również i nie zaprzeczył.
Uznałam, że nie będę drążyć tematu.
Grunt, że już podobno nie popycha.

©kaczka

[353]

[15 May 2017]

(...)
Życie to się chyba swoich strategii marketingu, dystrybucji dóbr, a szczególnie orientacji na nabywcę uczy w sklepach z odzieżą używaną.
W takim sklepie, wiadomo, można znaleźć niejedno.
Podobno byli tacy, co znaleźli Rolex przez x a nie przez ks.
Albo sukienkę Marylin Monroe z Marylin Monroe w środku, co pozwoliło im sprzedać komplet na aukcji w Sotheby’s a za uzyskane fundusze kupić sobie cały Nowy Jork. Dwa razy. A Oklahomę to im nawet dorzucono gratis.
Dziwnym trafem, innym, w kategorii: Niebywałe Okazje, zwykle trafia się Chanel przez dwa L, który obejrzany pod światło ostatecznie okazuje się chińską ściereczką do naczyń przedstawiającą ENGLISH CHANNEL (!) i klify Dover.
Albo jeden but z pary od Manolo Blachnika w dodatku trzy numery przyciasny.
I ze złamanym obcasem.
Otóż Biskwit dostał się do Montessorian.(TU i TU)
Chciałabym móc napisać, że w tym wyścigu pokonaliśmy bazylion innych, zdeterminowanych rodziców, że ujęliśmy Komisję wdziękiem i szarmem osobistym, a Biskwit to nawet przypadkowo rozsądkiem, nienagannymi manierami i dojrzałością. I że z pewnością nie przeszło niezauważone, że podczas rozmowy kwalifikacyjnej  z mej torebki wypadł (przynajmniej dwanaście razy) egzemplarz Dzieł Zebranych Montessori, który wieczór wcześniej cynicznie przekładałam niezliczonymi zakładkami i który z premedytacją gniotłam w rękach, by wyglądał na moją codzienną lekturę i źródło wychowawczych inspiracji.
Tymczasem, pewnie większość korporantów w krawatach i eko-wojowników z bio-jarmużem na sztandarach, których wabił glamour placówki w centrum miasta, zmieniła zdanie na widok warunków lokalowych w filii i tak, zostaliśmy sami na placu boju z przyciasną obórką i kącikiem zabaw wydzielonym w wychodku.
- Patrz na to optymistycznie – zaskoczył mnie Norweski. – Im bliżej wychodka, tym większe szanse, że nasze dziecko dobiegnie do toalety.
Tę ofertę życie przedstawiło oczywiście zaraz po tym, gdy dzień wcześniej powiedziałam, że w sumie to mi już naprawdęserioprzysięgam wszystko jedno.
Naszpanie ze świętego Maurycjusza von Knotke jedzą Biskwitowi z ręki. Biskwit realizuje tam sobie jakieś niecne własne cele i nie zraża go do instytucji nawet ta cykliczna konieczność uprawiania publicznych występów artystycznych.
No i brzdęk.
Na drugi dzień, życie dzwoni i oferuje mi pół Manolo Blachnika, niby w moim rozmiarze, ale piętę nieznacznie obciera.
A bo placówka jedynie do szesnastej, wozić trzeba pociągiem, a za foie gras z buraków i ciecierzycy płacić osobno...
A w dodatku, gdzie teraz nie pójdziemy to zewsząd wyskakują naszpanie od Maurycjusza, czy to lada chłodnicza w sklepie, czy kolejka po bułki, i opowiadają jakim to pazłotkiem w bombonierkach ich żywota jest nasze dziecko i jak jaśnieje na firmamencie Szwabskich Kluseczek. No tak jaśnieje, że lada moment wszyscy tam będą zmuszeni zakładać okulary przeciwsłoneczne. Nawet zimą.
- ... i kto im w takim razie wyrwie serce i powie, że zimą już nie będą potrzebować?
Ja się nie wyrywam.
Norweski mówi, że jest zbyt wrażliwy.
Może wynajmiemy sobowtóra?

Trochę czuję, że na końcu tej edukacyjnej tęczy tak naprawdę nie ma wcale garnca ze złotem, a jedynie – jak zwykle – skserowane pliki banknotów z Monopoly i zgaga po ciecierzycy.

©kaczka

[352]

[8 May 2017]

(...)
Ledwie skończyłam drwić z pisanek nabitych na pal, które Ryfka niosła w szkolnym pochodzie ku czci wiosny, a już karma przysłała mi telegram zwrotny, w którym kategorycznym głosem naszpani wyjaśniła czule, że tradycją placówki imienia Ofiar Holokaustu jest pochód ku czci lata – niedziela, obecność obowiązkowa. I że każde dziecko ma przynieść kij, na który nabije pszczołę.
Przez moment, przyznaję, pomyślałam, że naszpani od Mastodontów poszła z tym szałem artystycznym jeszcze dalej niż naszpani Ryfki i że dzieciny będą na te kije nabijać żywe pszczoły wydłubane z ula albo, na przykład, przywiązywać insekty do kija na nitkach. Za odnóża.
Na szczęście, okazało się, że pszczoły mają być z papieru. Mastodonty machną je sobie w ramach zajęć z religii przy okazji omawiania plag egipskich, a jedynym zadaniem rodziców jest ten kij ‘na jutro’.
Z czasów, gdy dziewczęta znosiły do domu chrust wierząc, że to magiczne różdżki, mamy na balkonie kopiec patyków wystarczający na podpałkę Dziewicy Orleańskiej średniego wzrostu. Mamy też szwajcarski  scyzoryk z mikroskopijną piłką, zatem raz-dwa, w cztery godziny Norweski ociosał coś z kolekcji tak, żeby prezentowało się jak godna, metrowa wykałaczka.
Gdyśmy odprowadzili Dynię do szkoły, na miejsce zbiórki, część Mastodontów akurat naparzała swoimi kijami przedstawicieli klasy Tygrysów. Był to konflikt międzygatunkowy: pszczoły kontra biedronki. Dynia wysłuchała naszych uwag na temat zasad unikania bezmyślnych konfliktów zbrojnych, pokiwała głową, przytaknęła i z okrzykiem: WRRRRRRRRRRROAAAAAAAAAAAAAH! rzuciła się ze swoją pszczołą bronić honoru Mastodontów.
W tym czasie reprezentacja mieszkańców naszej ulicy deliberowała nad zagadnieniem, czy Mastodonty mają na kijach pszczoły, czy może, jak wskazywałyby wszystkie poszlaki, są to jednak osy?
(Odkąd odkryłam, że klasa Ryb ma na sztandarze delfina nie pokładam szczególnej nadziei w szkolnej interpretacji filogenezy i żyje mi się już o wiele spokojniej.)
Kres rzezi biedronek położył Burmistrz, który dał znak do wymarszu.
Na początku pochodu szedł Węgierski Woźny, który, gdyby go zapuścić wyglądałby jak gajowy w Hogwarcie.
Woźny niósł pal z zafoliowanym preclem.
Potem przejechało kilka choinek na wrotkach.
Przemaszerowała orkiestra dęta i Burmistrz z Małżonką.
W dalszej kolejności paradowały przedszkolaki i tu ktoś popełnił  taktyczny błąd.
Przedszkolaki w ilości ponad czterdziestu miały najwyraźniej triumfalnie przejechać na udekorowanych krepiną hulajnogach. Rzecz w tym, że gdy czołówka tego peletonu już na pierwszym zakręcie wywaliła się na nierównej drodze nastąpił efekt domina i wkrótce na asfalcie leżały dwie grupy przedszkolne przysypane hulajnogami i kwieciem z bibułki. To znacząco obniżyło morale i zdezorientowało napierających z tyłu kolejnych uczestników parady (w tym członków Koła Hodowców Drobiu Egzotycznego z klatkami żywych eksponatów).
Kiedyśmy wspólnymi siłami oczyścili drogę z czterolatków i kur, pojawiła się młodzież i lokalne kluby sportowe.
I wtedy reprezentacja naszej ulicy zaczęła dość histerycznie wykrzykiwać ‘Jochen, Jochen! Tu! Patrz! Tu! W obiektyw! JOCHEN!!!’. Para niezrzeszonych staruszków stojących obok rozczuliła się niezmiernie. ‘Oh, du Lieber Gott... jak państwo musicie to dziecko kochać, że tak dopingujecie mu tłumnie i całą rodziną. Jakie szczęście ma ten Jochen! Precelek mamusiny! Kluseczka tatusiowa!
Nikt nie miał serca zaprzeczyć, choć Jochen ma lat czterdzieści, mieszka pod ósmym i oddelegowano go do ciągnięcia zaprzęgu wagoników wypełnionego czterdziestką dzieci z klubu sportowego. (Jochen prosił, by zrobić mu zdjęcie, na wypadek, gdyby żywy nie dotarł do mety.)
Potem przeszły Mastodonty z resztkami pszczółos. I Tygrysy z sieczką z biedronek.
I wtedy sąsiedzi – siedemnasty raz na pochodzie -  powiedzieli, że teraz jest właśnie ten najlepszy moment, żeby skoczyć skrótem do bufetu, bo pochód będzie się błąkał po wsi jeszcze ze trzy kwadranse, a potem wszyscy rzucą się na ciasto i jak zwykle zostanie tylko tort z marchewki, w którym klasa cukiernicza corocznie utylizuje obwiędłe warzywa z ziemianki. A pod ten tort zacznie przygrywać orkiestra dęta.
Tak zrobiliśmy i zaiste, trzeba słuchać profesjonalistów.
W rozkosznie przyjemnej atmosferze (nie licząc Biskwita wykłócającego się o ilość placków przeznaczonych do konsumpcji) spędziliśmy w ciepłym, cichym i suchym bufecie następne kwadranse.
Gdy pochód powrócił, co dało się zauważyć po narastających dźwiękach orkiestry dętej, wyszłam w deszcz, by odebrać Dynię.
Był to ten moment, w którym Dynia, jak reszta cherubinów, odbierała z rąk Burmistrza mokry precel za zasługi w marszu. I chciała poprosić o jeszcze jeden dla Biskwita, ale naszpani od Tygrysów jej zabroniła. (Zapewne w zemście za rzeź biedronek.)
Och, w tym momencie wróciła trauma z pochodu pierwszomajowego, gdy sekretarka Związku Młodzieży Polskiej dystrybuująca dekoracje z przyczepy Jelcza odmówiła mi kwiatka z bibuły motywując to mym niedojrzałym światopoglądem ideologicznym oraz jakoby nieumiejętnością pisemnego pokwitowania odbioru kwiecia.
Mam nadzieję, że naszpani od Tygrysów dostał się już tylko tort z marchewki i Oda do Radości rozpisana na instrumenty dęte i perkusyjne.

©kaczka

[351]

[4 May 2017]
 
(...)
Pośród siąpliwych, oślizgłych, porosłych pleśnią, mchem i glonem dni minionego weekendu trafił się jeden jak złoto.
I ten właśnie chemicy wybrali sobie, zupełnie przypadkiem, na grillowanie.
Och, jak się Norweski cieszył, że to grill u chemików, bo do dziś prześladują go koszmarne wspomnienia z BBQ z mikrobiologami.
... i nie tylko, że do każdego rodzaju zamarynowanego jestestwa był osobny ruszt. – zwierzał się już z tego Norweski na kozetce niejednemu psychoterapeucie. – Nie tylko, że osobno do wieprzowiny, osobno do pstrągów, osobno  do przepiórek, osobno do fondue z wiewiórek, a do kurczaków to nawet postawili w sąsiednim ogródku i pod przenośną lampą UV. I nie tylko, że każdy dobrowolnie przyniósł termometr kuchenny ze szpikulcem i nie tylko, że mierzyli temperaturę w Celsjuszach i przeliczali na Fahrenheity, ale mierzyli ją nawet w pieczonej cukinii (osobny ruszt)! A w dodatku każdy średnio wysmażony stek był tam dla bezpieczeństwa zwęglonym kawałkiem tkanki!

To wszystko podobno Norweski może byłby nawet i zdzierżył, ale gdy okazało się, że po sałatki trzeba za każdym razem chodzić do lodówki w mieszkaniu na szóstym piętrze bez windy, i gdy Norweski poszedł, i gdy wrócił, nałożywszy sobie zapasową porcję na ten sam papierowy talerzyk, z którego przed chwilą zjadł polędwicę z oposa (osobny ruszt!) i szaszłyk z tofu (osobny ruszt!), i gdy z tym talerzykiem przedefilował  wśród tłumu mikrobiologów to nagle wszyscy porzucili przeliczanie Celsjuszy na Fahrenheity, ucięli rozmowy o współczynnikach zapadalności na czerwonkę, oderwali się od oglądania w internecie śmiesznych filmów o zatruciach pokarmowych na weselach i zatchnąwszy się zbiorowo (jedni:  YYYYYYYYYYYYYYYYYYYYch! Inni: OHMYGOOOOOOOOOOD-on-używa-tego-samego –talerzyka-do-sałatki-a-przed-chwilą-jadł-na-nim-oposa!) zastygli, tak jak stali, w niemym przerażeniu wgapieni w Norweskiego i w to samobójstwo, jakie popełniał na ich oczach zastawą stołową.
Zapadła tak przeraźliwa cisza, że było słychać wyłącznie orgię rozmnażających się na talerzyku bakterii i mlaskanie Norweskiego.
Wreszcie ktoś z tłumu przerwał ten horror słowami: 'TO CHEMIK! Trzeba mu wybaczyć, bo nie wie co czyni!' i zebrani z wyraźną ulgą, choć nadal w szoku pourazowym powrócili do Fahrenheitów, czerwonki i do sceny, gdy ratownicy medyczni próbują upchnąć pierwszą partię zatrutych salmonellą gości weselnych w karetce, ale karetkę wypełnia po dach suknia panny młodej.
Czy chodziło wyłącznie o histeryczną reakcję mikrobiologów, czy może dołożył się do tego również walor smakowy zwęglonego steku z oposa, trudno dziś ustalić, ale Norweski na samo wspomnienie wydarzenia reaguje mentalną zgagą.

Tak, Norweski woli smażyć z chemikami, ale chemicy też mają swoje grillowe sentymenty. (W podręcznikach psychiatrii definiowane jako natręctwa lub urojenia).
Chemicy, na przykład, lubią modyfikować paliwo do grilla. Podpalać patyczki nitrogliceryną, krzesać ogień trotylem, wzbogacać oktan octanem, a pentan – eksplodanem. W wyniku takich eksperymentów zwęglił się już niejeden kawałek tkanki. Czasem nawet takiej żywej, bezpośrednio przytwierdzonej do operatora rusztu.
Tym razem, nie odnotowano przesadnych ofiar w ludziach.
Chemicy trochę podrośli i zaczęli inwestować w posrebrzane kombajny do grillowania Ultimate Über Hell Fire Deluxe Extra Premium Super Turbo 2000 Platinium Edition, które po rozłożeniu zajmują cały ogródek do wysokości pierwszego piętra.
Trochę z tego powodu, a trochę, dlatego, że przeraźliwie wiało, impreza chemików przeniosła się w zakątek przynajmniej z jednej strony osłonięty od przelatujących kubłów na śmieci i latających wurstów z grilla.
Zakątek zlokalizowany był na środku publicznego parkingu obok ogródka i to było trochę niewygodne, bo wymagało przenoszenia stołów i ławek za każdym razem, gdy ktoś chciał zaparkować albo wyjechać.  A wiele osób chciało nagle wyjechać, być może dlatego, że ubezpieczenie nie pokrywa uszkodzeń samochodu spowodowanych eksplozją wurstów. Albo uszkodzeń wywołanych trzyletnim dzieckiem grającym w Boule według reguł atletycznej dyscypliny miotania kulą.
Główną ofiarą imprezy była Dynia i o dziwo, wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa, nie trafiła jej latająca, metalowa kula ciskana przez Biskwita.
Dynię zaatakowała rozżarzona cukrowa pianka opieczona w płomieniach Ultimate Über Hell Fire Deluxe Extra Premium Super Turbo 2000 Platinium Edition w przystawce (!) do opiekania cukrowych pianek (!).
(A ostrzegałam, że na moim termometrze ze szpikulcem zawsze schowanym na dnie torebki, temperatura różowego karbohydratu osiągnęła temperaturę powierzchni Słońca!)
Biskwita tym razem nic nie zaatakowało, ani kula, ani pianki, bo na tej imprezie Biskwit udawał, że gardzi węglowodanami, a jego pasją jest wyłącznie chlorofil zmaterializowany w sałacie, jarmużu i ogórkach.
(W domu Biskwit brzydzi się chlorofilem do tego stopnia, że potrafi rozłożyć  kotlet z mielonej ryby na atomy i wydłubać zeń kwanty trzech liści pietruszki, które przypadkowo wpadły do masy. Biskwit rozdziela je wydajniej niż jakikolwiek amatorski chromatograf lub jakikolwiek profesjonalny Kopciuszek.)
I nie jest prawdą, że zemdlałam, gdy zobaczyłam, że Biskwit je chlorofil z tego samego talerzyka, na którym Norweski jadł przed chwilą stek z pancernika medium rare.
Co najwyżej, trochę się zachwiałam.

©kaczka

[350]

[26 Apr 2017]

(...)
Najpierw wiosna zaczęła się na trawniku przed naszym domem. Standardowy prolog z magnolii, forsycji i akwizycji uczuleń wziewnych. Odczekaliśmy nieomal do napisów końcowych i ruszyliśmy na Północ. U Haupcioteczki wiosna przydarzyła się nam od początku po raz kolejny. Magnolie, forsycje, akwizycje. A potem, jeszcze raz, zupełnie nowa wiosna w Sztokholmie. Tyle, że tam, dodatkowo zdobiona zmarzniętymi żonkilami w celofanie rozłożonymi na chodnikach wzdłuż  Drottninggatan.
Boleśnie i nienaturalnie.
Może to nie było siedemnaście mgnień, ale nawet Stirlitzowi za trzecim razem oko zaczęłoby latać.
Wróciliśmy.
Jest zimno i pada.
Brygada Górali z Wisły (‘a Małysza pani zna?’) zamurowuje nam grzyba.
Ponieważ rzucają raufazę na mokry tynk, przypuszczam, że grzyb jak Barbara Ubryk zaraz zacznie czymś w nas ciskać. Na przykład, raufazą.
Wylewność górali nie ogranicza się wyłącznie do tynków, cementów i posadzek betonowych.
Już po kilku godzinach spędzonych wśród ekipy moglibyśmy razem z powodzeniem wystartować w jakimś rodzinnym teleturnieju, gdzie kluczem do sukcesu i głównej nagrody jest znajomość chorób skórnych wujecznego dziadka z Murzasichla (wymień w porządku alfabetycznym), nałogów szwagra stryjenki spod Bukowiny (przyporządkuj do odpowiednich paragrafów kodeksu karnego) albo losów masy spadkowej po teściu bratanka z Chicago, którego z łez padołu odwołały powikłania po resekcji wyrostka robaczkowego (przelicz w pamięci z dolarów na złotówki po kursie NBP z 14 marca 1978 roku).
Za to na konkretne pytania branżowe, na przykład: Czy ta raufaza jednak nie odpadnie? albo Na kiedy przewidziany jest koniec prac budowlanych?, Górale niezmiennie odpowiadają, że jak Bóg da.
Serio, panowie? Bóg?! Nie mówimy tu przecież o powtórnym stworzeniu świata w wersji 2.0, a o pospolitej ścianie między klozetem a sypialnią!
Zatem, jeśli Bóg przekwalifikował się na budowlankę to kto zajmuje się  naprawdę palącymi problemami ludzkości? Głód, wojny, globalne ocieplenie? Kto w tym robi?
Zaprawdę, powiadam nawet kult polskiego rzemieślnika powoli traci mnie w roli wyznawcy.

Do tego home-schooling to jednak nie zawsze taka czteropasmówka sukcesów, jak mogłoby się, oceniając po okładce, wydawać.
Dynia po powrocie z Północy obeszła sąsiadów z opowieścią, między innymi o tym,  jak to jej rodzice płynnie i z polotem mówią po... hiszpańsku (!).
Długo nie trzeba było czekać na konsekwencje. Jeden sąsiad już pytał, czy możemy pośredniczyć w zakupie hacjendy pod La Manchą. Drugi zaś chciał się wreszcie dowiedzieć, co tam ma napisane na tatuażu, który w stanie intelektualnej nieważkości dał sobie wydziergać w Magaluf.
SCHWEDISCH! Dyniu! To był SCHWEDISCH! Nie SPANISCH!!!
Odmówiwszy  z oczywistych względów (a najoczywistszy to ten, że znajomość hiszpańskiego ogranicza się nam do Hasta la vista!), dołożyliśmy sobie do reputacji na dzielni, żeśmy nieużytymi egoistami brzydzącymi się okołosąsiedzką pomocą.
(Opinię na temat znajomości szwedzkiego Dynia wyciągnęła na podstawie naszych rozmów z ulicznymi sprzedawcami hot-dogów. O czym czuję się w obowiązku napisać, zanim ktoś zapyta, czy przejrzymy dokumentację dotyczącą inwestycji w fabrykę nart pod Kiruną.)

To nie wszystko. Dynia okazała naszpani od Mastodontów swoją powieść o podróży do Sztokholmu, w której, jak na aspirującego Hemingway'a przystało, więcej jest o konsumpcji koktajli w barze niż o wartościach edukacyjnych zwiedzania. Był cień nadziei, że naszpani nie odcyfruje fonetycznego zapisu: KOGTEL, ale Dynia dla pewności wykonała, nie pozostawiający złudzeń rysunek poglądowy baterii drinków.
A Biskwit na nieuniknione pytania, co mu się zrobiło z twarzą (przypominam: Kliczko, jedenasta runda), wszem i wobec insynuuje powściągliwie: Matka.
Zatem, gdyby wyglądało, że zamilkłam to może właśnie wcale nie milczę, ale akurat gęsto tłumaczę się opiece społecznej.
Byle do wiosny, chociaż właściwie to już wcale nie wiem, której.


©kaczka