Image Slider

[370]

[6 Aug 2017]

(…)
W samym środku nocy obudziło mnie szuranie pod drzwiami wejściowymi do lokalu.
Zerknęłam na zegarek.
Dziesiąta rano.
Sobota.
Dziesiąta rano, sobota, czyli środek nocy dla kogoś, kto wysłał progeniturę na wakacje i jeszcze przekonał małżonka, że jeśli tenże pojedzie na te wakacje z dziećmi to sobie odpocznie.
To także środek nocy, dla kogoś, kto przez cały poprzedni wieczór nadużywał likieru bez banderoli, rozlewanego na galony i wrócił do domu śpiewając. (Bez obaw, rozwinę temat!)
A tu coś szura pod drzwiami i targa wycieraczką.
Klnąc szpetnie, wyruszyłam na rekonesans.
Szłam z piętnaście minut, nie dlatego, że lokal ma taki metraż, ani dlatego, że się zgubiłam. Po prostu w środku nocy chodzenie nie jest czynnością automatyczną, a każdy krok wymaga uprzedniej konsultacji z trenerem motywacyjnym. (A  jeśli do tego, człowiek upoił większosć neuronów likierem to popleść jakieś neuroprzekaźnikowe ścieżki z tych dwóch, które zostały, to zdecydowanie nie jest bułka z nutellą.)
Gdym wreszcie dotarła do drzwi i wlepiłam oko w judasza ujrzałam po drugiej stronie Wynajemcową z miotłą. Miotła stanowiła doskonałe uzupełnienie klasycznego wizerunku Wynajemcowej oraz prawdopodobnie ułatwiła jej transport w miejsce docelowe drogą powietrzną. Oprócz tego miał miejsce cud, bo Wynajemcowa sprzątała klatkę schodową, wyżywając się przy tym na naszych drzwiach wejściowych i wycieraczce. Ponieważ paliła przy tym papierosa bez filtra, popiół, który spadał na podłogę zapewniał jej niekończące się zajęcie.
I pewnie dlatego, gdy wychodziłam z domu dwie i pół godziny później (prysznic, śniadanie, dwa odcinki serialu), Wynajemcowa nadal sprzątała nam pod drzwiami te trzy metry kwadratowe półpiętra i rozsypywała popiół z sześćdziesiątego czwartego papierosa.
Inscenizując, że przez przypadek spotyka mnie tu na wycieraczce, Wynajemcowa zagrodziła mi drogę miotłą i zażądała odpowiedzi na pytanie, gdzie byłam w czwartek, trzeciego sierpnia, o dziesiątej dwadzieścia trzy i dlaczego nie w domu?
Moja odpowiedź na to pytanie, aż tak bardzo Wynajemcowej nie interesowała. (Słusznie, bo nadal  pod działaniem oparów likieru byłam w stanie jedynie odpowiedzieć: Trzeciego sierpnia którego roku???)
Najbardziej interesowało Wznajemcową, by podkreślić swoje rozczarowanie moją aspołeczną postawą i wyjaśnić, że moja czwartkowa absencja świadczy o tym, że złośliwie zignorowałam wiadomość zostawioną mi przez Wynajemcowego.
- Jaką wiadomość???!!! - jęknęłam. - List? Telefon? Śpiewający telegram z akompaniamentem mariachi?
Okazało się, że Wynajemcowy zostawił mi podobno na wycieraczce informację o planowanym terminie odczytu liczników.
Na wycieraczce!
I co? Pewnie na kolejnym, oderwanym rogu od recepty na xanax?
Acz, przy okazji, wydedukowałam, i to nawet trochę dobra wiadomość, że Wynajemcowa wpuściła drzwiami kuchennymi do swej rzeczywistości myśl o naszej wyprowadzce!
Wywnioskowałam to z jej oświadczenia, że bez odczytanych (dodajmy, z kronikarskiego obowiązku, dla wszystkich psychiatrów, których interesowałby ten przypadek – odczytanych na miesiąc przed opuszczeniem lokalu!) liczników, Wynajemcowa ma opory natury moralno-etycznej, aby zwrócić nam kaucję za lokal.
Och (!)




Tymczasem, zmieniając temat na przyjemniejszy, dwa miesiące temu zaczęły odpadać mi ręce.
Od kości.
Zdarzyło mi się to już kiedyś na Wyspach.
Wtedy, pod wpływem doktora House'a zdiagnozowałam u siebie toczeń, opcjonalnie trąd, lekarz rodzinny życzliwie poradził zażyć paracetamol i wykorzystać techniki afirmacyjne oraz nie lekceważyć potęgi autosugestii w leczeniu, a doktor Google orzekł, że to patologiczna forma reakcji na promienie UV i zalecił niewychodzenie z domu od marca do października.
Ja tam może nawet mogłabym i żyć z takimi odpadającymi rękami, ale mikrobiolog w mojej głowie, ten schowany gdzieś za hipokampem, mamrotał spoglądając na otwarte rany: wrota infekcji, wrota infekcji, OTWARTE WROTA INFEKCJI!
Żeby tylko wrota! Wrót tyle, co bram wejściowych na Wembley. A gdy plastry zaczęły nakładać się na moich dłoniach warstwami, a ja sama musiałam podkradać te plastry dzieciom, bo swoje, te bez wizerunków postaci popkultury Disney'a, zużyłam do ostatniej paczki to uznałam, że pora na kontakt ze służbą zdrowia.
Traf chciał, że pracodawca wysyłał mnie akuratnie na badania okresowe, a któż jak nie specjalista od medycyny pracy winien mieć rozeznanie w egzemach i wypryskach kontaktowych?
Zrządzenie losu.
W teorii.
Lekarz medycyny pracy, dwudziestoletni Hipokrates w szelkach, był życzliwy, współczujący i bardzo szczery.
- W życiu czegoś takiego nie widziałem - powiedział, a ja poczułam się nawet trochę wyjątkowo.
(Choć obiektywnie rzecz biorąc, skoro życie krótkie, to nic dziwnego, że nie widział.)
Zapadła kłopotliwa cisza.
- A może to bostonka? - zaryzykował współczesny Hipokrates. Mogłoby się zdawać, że opiera to rozpoznanie na wciąż jeszcze żywych wspomnieniach z własnego przedszkola.
- Nieeeeeeeee – storpedowałam diagnozę. - Mam dwoje dzieci, bostonkę miałam na kwaterze już dwa razy...
- I co? I co? - zainteresował się Hipokrates. - To bostonka wygląda inaczej?
- No, ba! - odpowiedziałam.
Kłopotliwa cisza.
- To nie wygląda dobrze – wspiął się na wyżyny empatii Hipokrates i nadludzkim wysiłkiem umysłowym, w mentalnej fuzji Doktora House'a, Doogie Howsera oraz Bińczyckiego jako Znachora udzielił mi porady lekarskiej, która brzmiała (cyt.): Na pani miejscu to ja poszedłbym z tym do lekarza.
 
Poszłam.
Tego samego dnia poszłam.
Do radiologa.
Radiolog pożyczył mi maść na sterydach i odkapslował galon irlandzkiego likieru.
(Maść miała banderolę.)
Na skutek tej sprzężonej terapii ręce błyskawicznie mi odrosły, acz możliwe, że kosztem wątroby.
Oto niekwestionowany sukces medycyny sąsiedzkiej.

©kaczka

[369]

[31 Jul 2017]

(…)
Bywa, dość regularnie bywa, że otwieram swoją urzędową skrzynkę z mejlami, a tam gdzieś między pikselami błyska wiadomość o treści: 
Hi, Jesus here. What can I do for you today?
Mój Boże (sic!), myślę w panice, od czego zacząć???!!!
Położyć kres konfliktom zbrojnym? Zadbać o równouprawnienie? Przetasować PKB? Lek na raka? Ratować orangutany na Borneo? A może każdemu po czekoladce?
Jesus to kolega z filii w Rio.
Robi najbardziej barokowe tabelki w Excelu.

©kaczka

[368]

[26 Jul 2017]

(…)
Okazało się, że wystarczy zastukać umówioną ilość razy w tylne drzwi fabryki drożdżówek i mieć odliczoną kwotę w nieznaczonych monetach jednocentowych, a zza drzwi wychynie diler wypieków maskujący swą tożsamość workiem po bio-mące nasadzonym na głowę i potajemnie wyda kilka działek z kruszonką lub cukergusem.
To się źle skończy, myślę od wczoraj, jednocześnie przeszukując kieszenie w poszukiwaniu jednocentówek.
(Ale tłumaczę sobie, że wszak oddaliłam się poza swoją strefę komfortu na taką odległość, że nie sposób abym kiedykolwiek tam wróciła, jeśli nie oznaczę drogi powrotnej okruszkami.)
Wczoraj zdematerializował się cały mój zespół.
Błąkam się po pustych, laboratoryjnych korytarzach. Nad niektórymi drzwiami migają nerwowo czerwone, awaryjne światełka.
Trochę to wygląda tak, jakby przyszedł Brad Pitt i kazał wszystkim się ewakuować przed atakiem zombie, a mnie ominęło, bo akurat kupowałam drożdżówki na czarnym rynku.
Oczywiście korzystam z okazji i jak Manuel, któremu pozostawiono pod opieką Hotel Zacisze, niemożebnie jaram się podrywając słuchawki we wszystkich dostępnych telefonach,  krzycząc doń 'kaczka Towers Bakterioza Biocenoza Psychoza GmbH how are you?'
Przetestowałam już wszystkie rodzaje kawy wypluwane przez automat ze stroboskopowym okiem i wiem, że wszystkie smakują tak samo niezależnie od tego, czy wyciekają jako latte, espresso, czy Tee mit Zitrone.
Od wczoraj przez cały dzień towarzyszy mi wyłącznie mucha, a popołudniami grecka sprzątaczka. Zarówno z jedną, jak i z drugą nie znalazłam wspólnego języka, ale szczególnie dla greckiej sprzątaczki to żaden problem.
Poszłabym do domu, ale a nuż któryś telefon jednak zadzwoni i będę miała niepowtarzalną okazję imitować eksperta w dziedzinie bakteriozy lub psychozy.
Żal taką okazję zmarnować.
(...)
W piątek, pięć dni przed końcem roku szkolnego, Dynia przyniosła do domu świadectwo, które przez zupełny przypadek odkryłam w jej tornistrze. (Intuicja mi podpowiada, że chyba w takim razie nie ma nadziei na apel z pocztem sztandarowym i częścią artystyczną.) Notabene, mimo że rozdano świadectwa i że ostatniego dnia szkoły lekcje skrócono do jedenastej, nadal dzieciny nie można bezkarnie zwolnić na wcześniejsze wakacje.
Jednocześnie, Dyrekcja placówki imienia Ofiar Holocaustu wystosowała list, że pierwszego dnia po kanikule, mocą nadaną jej z wysokości Ministerstwa Edukacji, skraca lekcje.
Zaiste to jakiś cud świętego Analfabecjusza, że przynajmniej część młodzieży z klasy Mastodontów nauczyła się czytać. (Druga część powtarza klasę.)
List od Dyrekcji zapowiada również coroczny, bezalkoholowy Oktoberfest na terenie placówki. W tym roku mottem imprezy są … grzyby!
Roquefortem już nie przyozdobimy szkolnej wystawy, więc zastępczo prześladują mnie fantazje związane ze słoikiem marynowanych sromotników podanych na bankiecie dla wybranych przedstawicieli grona.

(...)
Ostatnio, żyjemy starotestamentowo.
Sąsiadka, która przechowuje popołudniami Dynię i Biskwita karmi dziewczęta rosołem na koszernej soli i dodaje dzieciny do macy. (Kto poznał obyczaje higieniczne Biskwita ten nie bez lęku będzie spożywał przyrządzone przezeń potrawy z obawy na niekonwencjonalne dodatki). Naszpani od Mastodontów odwiedziła w czasie ostatnich wakacji (tych, nie wypominając, sprzed miesiąca) rodzinę w Izraelu i zdaje się, okazała Mastodontom zdjęcia, nie szczędząc przy tym obfitego teologicznego komentarza.
Dynia hiperwentylowała się od tych historii, wyrażała nieprecyzyjnie uzasadnioną chęć natychmiastowej przeprowadzki, a z dalszej naszej rozmowy wyszło, że Dynia kompletnie ominęła wątek tego, że z Izraela pochodzi również Ryfka.
Gdy wprowadziłam ten twist do fabuły, Dyńce pospinały się wreszcie te wszystkie kognitywne wypustki w szarej masie i zadała jedyne słuszne pytanie, poprzedzone nadużywanym ostatnio wstępem: Oh, mein Gott!, a dalej to leciało już tak: Mamo, czy Ryfka spotkała Jezusa???!
Otóż niekoniecznie i jak się okazuje nie z własnej winy.
Nocowała tu Ryfka niedawno pośród hałd czipsów, popcornu, pizzy i strumieni oranżady, a co za tym idzie odbierał ją po południu ojciec Ryfki, który rzucił snop światła na harmonogram spotkań Ryfki z Jezusem.
Otóż mimo uczestnictwa w ekumenicznych zajęciach z religii, Ryfka wykazywała ponoć zaskakującą obojętność na geografię jednej ze swoich licznych ojczyzn. Domowe wzmianki o Betlejem, czy o Jerozolimie nie wywoływały w Ryfce żadnych objawów lokalnego patriotyzmu, ani biblijnych skojarzeń. Sprawę wyjaśniło świadectwo, które Ryfka przyniosła do domu i które matka Ryfki przez przypadek znalazła w tornistrze. W świadectwie stało bowiem, że Ryfka bardzo lubi lekcje religii, a już najbardziej wszystkie te biblijne opowieści, które dzieją się w... Palestynie, typu narodzenie, ukrzyżowanie, zmartwychwstanie.
Ojciec Ryfki uznał tedy, że oto ma misję, aby udać się do placówki i życzliwie wyjaśnić ekumenicznej naszpani, że geografia polityczna Półwyspu Synaj jest jednak bardziej skomplikowana niż wynikałoby to z filmów, w których Indiana Jones szuka zaginionej Arki.
Naszpani ma bowiem dwadzieścia lat  i najbardziej lubi podróżować (!) i czytać Harry'ego Pottera.
Idę po popcorn.
Z solą.
Koszerną.


©kaczka

[367]

[21 Jul 2017]

(…)
Biskwit, gdy jako matka pracująca, odprowadzam go o poranku do placówki imienia świętego Wenancjusza z Bienenbüttel am See, wykorzystuje każdą okazję, by doskonalić techniki aktorskie według metody Stanisławskiego, kosztem mego macierzyńskiego sumienia.
Biskwit specjalizuje się w dramacie. Gra twarzą, potrafi na żądanie wycisnąć dorodną, aerodynamicznie doskonałą łzę, a żałość, którą dorzuca gratis należałoby destylować i rozpylać na seansach 'Angielskiego pacjenta'.
Jako, że Biskwit był zawsze entuzjastycznym uczestnikiem życia publicznego w placówkach edukacyjnych, ta nagła, świeża zmiana wydała się niepokojąca. Jednakoż, gdy czterokrotnie, targana wyrzutami sumienia, przedarłam się przez pokrzywy i zajrzałam  w okna Szwabskich Kluseczek, stało się jasne, że Biskwit konsekwentnie po moim wyjściu tańczy na stole i nurza się hazardzie gier karcianych, rozpaczając wyłącznie wtedy, gdy inny kurdupel placnie o stół stritem z taką kartą, której Biskwit akurat nie miał w rękawie.
Gdy powracam z pracy Biskwit igra na ulicy pod troskliwym okiem sąsiadów.
Biskwit dostrzega mnie, macha, wrzuca piąty bieg i pędzi w moją stronę.
Wzruszona padam na kolana i rozpościeram ramiona.
(Do tej sceny należy koniecznie podłożyć sobie czołówkę z 'Rydwanów Ognia'.)
Biskwit pędzi.
Łupie bosymi stopami o kamienie.
Jest coraz bliżej.
Lada moment wpadnie w me objęcia
(wszyscy wstrzymują oddech)...



i...
No i Biskwit wymija mnie, skręca i biegnie dalej, bo młodzież bawi się w Indian i akurat skalpują kogoś w garażu po lewej.
Ale to i tak nie są najgorsze tortury, to nie przez nie kwestionuję zasadność podjęcia życia zawodowego.
Najokrutniejsza tortura ma miejsce każdego dnia roboczego o piętnastej trzydzieści.
O tej porze fabryka po drugiej stronie ulicy, kombinat na wprost mego biurka, rozpoczyna codzienną produkcję piętnastu tysięcy drożdżówek z serem.
Nie sposób się skoncentrować, gdy nadpływa i wisi nad człowiekiem monstrualna chmura aromatu piętnastu tysięcy świeżo upieczonych drożdżówek.
Po prostu, nie sposób!

(No, bo o takich rzeczach, że ślubowawszy, że w tej pracy będę nadzwyczaj elegancka, i że w tej intencji kupiłam sobie nawet żakiet, i lipsztyk, i wyjęłam z szafy pantofle na obcasie, a w pierwszą delegację udaję się do obory gapić się na mechanikę wymion, to nawet nie ma co wspominać.)


©kaczka

[366]

[15 Jul 2017]

(…)
Nieustanne zamieszki w mojej Strefie Komfortu.
Z jednej strony jest przeraźliwie łatwo, z drugiej okrutnie trudno.
Jedni przynoszą mi odkrój czekoladowego placka, cięty na bogato, po cięciwie.
Inni - skoroszyty pełne spraw rozgrzebanych od czasów Bismarcka.
Strach maskuję zapachem, który Norweski mi kupił w drogerii.
Zapach nosi tytuł 'Szansa'.
Profetycznie, acz Norweski zaklina się, że wyszło mu to przypadkowo.
Trzeciego lub czwartego dnia, aby poczuć, że uczyniłam wreszcie coś pożytecznego, postanowiłam posprzątać biurko, przy którym mnie posadzono.
W czterdziestej ósmej szufladzie znalazłam garść monet sprzed Wielkiego Muru.
Erefenowskie fenigi.
Trochę lękam się sprzątać dalej, bo co, jeśli znajdę ich właściciela?
Z pozytywów, napisałam dwa listy po niemiecku i od trujących wyziewów ich skarlałej, zdegenerowanej gramatyki nie wyłysiał jeszcze żaden jednorożec.
Pierwszy wolny weekend.
Dwadzieścia lat do emerytury.
Zleci.

©kaczka

[365]

[11 Jul 2017]

(…)
Zdaje się, w minioną środę, o poranku, zastukał do drzwi Wynajemcowy.
Ledwiem otworzyła, zza pleców Wynajemcowego wyskoczyła Wynajmcowa i wpadłwszy w neurotyczne drgania zaczęła z siebie emitować przesłanie, że 'ważneważneważneważneważne', że to, co mi zaraz powie Wynajemcowy to najważniejsza rzecz jaką usłyszę w życiu.
Takoż zamarłam w oczekiwaniu!
Zastygłam z emocji, że może oni akuratnie zleźli z jakiejś góry, gdzie dano im w depozyt przykazania wersja 2.0 i akurat do nas było im najbliżej i najbardziej po drodze.
Były przesłanki.
Wynajemcowy był cały zapocony, cały mgłą zaszedł, rzęził i ciężko w nim świszczały bajpassy.
Za jego plecami Wynajemcowa wykonywała nadal jakiś układ choreograficzny 'ważneważneważneważneważne' sprowokowany raczej odstawieniem prozacu niźli autentyczną fascynacją Barysznikowem.
Taka scena.
Ja w pidżamie, Wynajemcowy walczy z niewydolnością krążenia, w tle Wynajemcowa – kankan, naprzemiennie z pasodoble.
Moja moralna autonomia nie mogła się zdecydować, czy zepchnąć ich ze schodów, czy wzywać ambulans.
Na szczęście dla autonomii, dalej jest tak, że po sześćdziesiątym ósmym zapewnieniu Wynajemcowej, że 'ważneważneważneważneważne', Wynajemcowy siłą woli powstrzymuje tachykardię i wychrypia coś w ten deseń: Pani da telefon do męża!
(Za plecami sto pięć kilo Wynajemcowej nadal skanduje 'ważneważneważneważneważne'.)
Gdym oddaliła się po notatnik z telefonami i wróciłam po tygodniu, stan Wynajemcowego był nawet dość stabilny, wskazywał, że pod moją nieobecność tenże zdefibrylował się przy użyciu dynama z roweru i baterii od dzwonka do drzwi. A Wynajemcowa nadal drgała i robiła chórek.
Nim zdążyłam, dostojnie przy tym obśliniając palec wskazujący, z godnością przekartkować notatnik do litery EM jak mąż, Wynajemcowy poddał się i uznał, że wystarczy mu mój telefon.
Mój Boże, toć przecież musiałam zamknąć ten notatnik i przewracać z godnością do ŻET jak żona!
Dotarłam prawie do KA, gdy Wynajmcowy nie zdzierżył, oddarł róg recepty na xanax, którą wytrząsnął z Wynajemcowej i zapisał mi tam sekwencję liczb mówiąc, żebym sobie sama zadzwoniła.
Do kogo i w jakim celu tego się już nigdy nie dowiemy, bowiem Wynajemcowa w trakcie podskoków w pobliżu okna zauważyła, że gołąb defekuje im na limuzynę i pobiegła się mścić, a Wynajemcowy za nią.
Tak, zostałam z narożnikiem tej recepty, ale wyparował!
Może uległ samozniszczeniu?
A może wystarczyło, że Biskwit przeszedł obok?

(…)
W ciągu dwóch dni wykonywania pracy zawodowej przeszłam dwa większe i kilka pomniejszych załamań nerwowych, usłyszałam około czterdziestu wzajemnie się wykluczających porad odnośnie fengszui skrzynki mejlowej, otrzymałam dwadzieścia siedem linków do sekretnie zahasłowanych, kluczowych stron internetowych oraz przekonałam się, że do części z nich kod dostępu administratorzy zabrali ze sobą na wakacje, a w skrajnych przypadkach, nawet do grobu.
Jeszcze nie mogę się zdecydować, czy jest fajnie, czy może wręcz przeciwnie.
Ale gdy nikt nie patrzy, to zakradam się głaskać bakterie.


©kaczka

[364]

[5 Jul 2017]
Byliśmy z Norweskim na wieczorku zapoznawczym u Montessorian.
Bez dzieci, ale montessoriańskie naszpanie nie uznały tego za przeszkodę, by nie potraktować nas jak swoich podopiecznych. One prawdopodobnie nigdy nie wychodzą ani z roli, ani z pracy.
Zanim jednak przyszło nam siedzieć na dywaniku i śpiewać bujając się przy dźwiękach gitary i nadludzką siłą woli przypominać sobie, że wszyscy tu zebrani możemy już kupować alkohol bez konieczności okazywania dowodów tożsamości, tośmy najpierw z Norweskim zdobyli twierdzę.
Nie licząc doświadczeń z dzieciństwa, Montessorianie to chyba piąta lub szósta placówka edukacyjna w naszym życiu, do której z Norweskim, nie zawsze razem, ale uczęszczamy. (W dodatku, znamienne, nigdy nie uczęszczamy z własnej woli!)
To uczęszczanie przekłada się na praktyczne i bogate doświadczenie w łamaniu kodów dostępu do pilnie strzeżonych budynków.
Takoż i tym razem, stanąwszy u drzwi Montessorian, bez problemu pokonaliśmy zestaw bram wejściowych do kolejnej świątyni edukacji.  Przecieliśmy odpowiednie kable, do detektora soczewek przystawiliśmy szklane oko wydłubane pluszowemu misiowi, a odciski palców potrzebne do identyfikacji wyrzeźbiliśmy w topinamburze na cito szwajcarskim scyzorykiem. Poza tym Norweski jest długi, więc przerzucił się nad fosą pełną rekinów, a ja suchą nogą przeszłam po Norweskim jak po zwodzonym moście na drugą stronę.
I tak wtargnęliśmy do placówki, piętnaście minut przed rozpoczęciem imprezy integracyjnej dla rodzicielskich neofitów, więc naszpanie nie bardzo wiedząc, co z nami robić oddelegowały nas na spacer do ogródka.
Obejrzeliśmy ten ogródek dwieście szesnaście razy, raczej niespiesznie, co daje pewne pojęcie o areale posesji, a tymczasem nikt nie nadchodził. Dawno minęła godzina rozpoczęcia spotkania, sześćdziesiąty ósmy raz zachwyciliśmy się urodzajem pomidorów, a tu nadal nikt nie nadchodził. Norweski zaczął już nawet podejrzewać, że jesteśmy jedynymi zaproszonymi gośćmi i to dla nas ustawiono krąg czterdziestu krzeseł i podano czterdzieści szklanek wody, ale na szczęście, któraś z naszpań wyjrzała na zewnątrz i uratowała pozostałych uczestników tej intelektualnej przygody, tych Robinsonów alternatywnej, antypruskiej edukacji, którzy stali od kwadransa pod bramą nawet nie próbując jej choć odrobinę sforsować.
No, nie wiem. Zeby tak nawet trochę nie potarmosić klamki?
To doświadczenie podzieliło nas na dwa obozy: my i oni. My, czyli kaczka i Norweski. Oni, czyli 'nie przejdę przez płot, bo mi się jeszcze krawat wkręci w girlandy kolczastego drutu'.
Oni patrzyli podejrzliwie, czym nasze 'my' zasłużyło sobie na ten nieautoryzowany dostęp do ogródka i ekwiwalent priority boarding w Ryanairze.
Ten podział był na szczęście chwilowy, bo naszpanie natychmiast poddały nas rozmaitym eksperymentom psychologiczno-socjologicznym, odzierając nas przy tym z godności osobistej, więc w mgnieniu oka byliśmy już wszyscy równi, sponiewierani i w jednakowym stopniu poniżeni.
To zbliża.
Dochodziła już dziesiąta wieczorem, spotkanie miało zakończyć się pół godziny wcześniej, spod wieszaczków dochodziły dramatyczne echa telefonicznych negocjacji z opiekunkami do dzieci: 'Tak, już wracamy, jest ogromny korek na autostradzie! Gitara? Słychać gitarę? A nie, to z radia. Simon i Garfunkel!' i wtedy jedna z naszpań, Łotyszka o kwintesencjonalnie słowiańskiej urodzie (precel złotego warkocza nad rumianym licem),  postanowiła nam zademonstrować, jak Montessorianie obchodzą urodziny kurdupli.
Jest to rytuał charakterystyczny dla wyznawców tej religii i opiera się na odpalaniu stosownej ilości świeczek i odczytywaniu rozdziałów z księgi życia solenizanta, którą przygotowują dlań protoplaści. W tym czasie lektury solenizant z bibułkowym, hippisowskim wiankiem na czerepie popyla po okręgu z globusem pod pachą. Taki trochę Atlas, trochę Kopernik. Jako, że lata wokół słońca wymalowanego na dywanie to każdy kolejny obieg, jak się domyślamy, ma prawdopodobnie symbolizować kolejny rok życia.
I to zaiste piękne, alegoryczne i metafizyczne, ale naszpani z Łotwy okazała się niespełnioną prozaiczką i niestrudzoną księgową losu i historię życia swego dziecka zapisała w kilkuset tomach.
(A z opiekunkami to jak z opłatą za parking. Stawka liczy się od każdej rozpoczętej godziny.)
Równie dobrze solenizant mógłby krążyć z modelem Saturna, bo jeśli rok tam trwa trzydzieści lat to mniej więcej tyle czasu potrzebowałaby naszpani, aby podzielić się z nami niesamowitością swego dziecka.
To dziecko ma jedenaście lat, więc były chwile grozy, że przyjdzie brać kredyt by spłacić opiekunki oraz, że już nigdy nie wyjdziemy z tego kręgu, aby obejść urodziny własnych dzieci, a przynajmniej nie te wcześniejsze niż osiemnaste, ale na szczęście zabrakło zapałek i nie dało się kontynuować ceremonii.
Zatem tylko podpisaliśmy zgodę, że w przypadku nagłego załamania zdrowotnego mogą podać Biskwitowi wyciąg homeopatyczny z kurdybanka, okadzić lub obłożyć dziecko babką lancetowatą i daliśmy nogę.
Tym razem biegło za nami czterdzieścioro rodziców, bo zrozumieli, że jesteśmy ich jedyną szansą, by wydostać się na wolność.
Wszak mamy scyzoryk i szklane oko misia.

©kaczka

PS W tym miejscu ogromne podziękowanie dla Norweskiego, który nie tylko wspierał mnie moralnie podczas trwania tego spotkania (Patrz, kaczko, mówił na przykład, a jednak są tacy, którzy mówią po niemiecku gorzej niż ty i wskazywał przy tym na osobnika z włoskojęzycznej części Szwajcarii), ale potem oddał mi własny komputer, abym mogła napisać tę notkę. Albowiem, mój  stuletni hp Pavulon wyzionął ducha i trzeba było odłączyć go od aparatury podtrzymującej życie. Pisanie w OpenOffice, w obcym sprzęcie z niemiecką klawiaturą i w stustopniowym upale jest nie lada wyzwaniem. Kilka razy zalałam się łzami na myśl, że przyjdzie mi ołówkiem dopisywać na ekranie wszystkie ogonki i kreski, ale Norweski połączył jakieś przecięte scyzorykiem kable, coś tam wyrzeźbił i chyba działa.
W tych warunkach nie miałam już siły na standardowe, załamanie nerwowe na tle interpunkcji, więc tak, z przecinkami jest tu pewnie jeszcze gorzej niż zwykle. Za co z serca i pozostałych organów wewnętrznych – przepraszam.