Image Slider

[293]

[22 Aug 2016]

(...)
Trudno zaprzeczyć, że klątwę wstawania o szóstej rano, by dobiec z Dynią na obóz samurajów zafundowałam sobie sama, ale już womit i dyspepsję otrzymałam w gratisie. Wszyscyśmy zresztą otrzymali.
Taki suwenir z Bawarii.
Czy to za sprawą morowego powietrza, czy też nieświeżego oddechu kóz, a może to barowe parówki z musztardą serwowane z widokiem na guano flamingów?
Cokolwiek użyło tak wyrafinowanego kamuflażu miało moc wywracania cielesnych podszewek na zewnątrz.
Dziewczęta, tradycyjnie, otrząsnęły się z tej mikrobiologicznej ofensywy w okamgnieniu, nieznacznie tylko wspomagane spirytusową nalewką i suszonym drożdżem. (Jak każe obyczaj, Dynia zarzuciła mi z wokalną emfazą, że próbuję ją otruć, a Biskwit skoczył po szklankę na nalewkę i talerz na suszone drożdże, krzycząc, żeby sypać  i lać więcej.) Biorąc pod uwagę prędkość regeneracji najgorszym etapem choroby było oferowanie sucharów zamiast pączków na smalcu i ryżu zamiast sznycli wieprzowych oraz związane z tym inwektywy, oszczerstwa i groźby karalne.
Przy tym i tak Dynia zachowała się najprzyzwoiciej, bo odczekała do ostatniego dnia  samurajskiego wywczasu, do tego przez tydzień nieomal proroczo i tak żywiła się głównie kulkami ryżu i pękła dopiero wtedy, gdy było jasne, że wykorzystała wszystkie opłacone godziny. Biskwit, dla odmiany, zawsze czekał na moment, gdy wydawało mi się, że ogarnęłam balię z praniem.

(...)
Za oknem sąsiad z Pekinu właśnie dopełnia dzieła swego życia – konstrukcji własnego Wielkiego Muru.
Mur ma ten wiele wspólnego z prototypem, na przykład, skalę przedsięwzięcia. Głównie jednak  z oryginałem łączy go to, że jest kompletnie niepraktyczny.
(W zakresie urody... niech Herostratesa architektury oceni historia.)
Wszelako doceniam przebiegłość sąsiada, który do noszenia podzespołów próbował wykorzystać nieletnią siłę roboczą, w tym Dynię. Tyle, że młodzież pierwszego świata  cznia opłatę w postaci dobrego słowa, jak również możliwość wpisania sobie dobrego uczynku do portfolio, więc zespół pchających kamienie Syzyfów rozproszył się dość szybko. Szybciej, niźli ktokolwiek zdążyłby krzyknąć: ‘Eeeeeeeee! Ferajna! Pod ósmym dają lody’. A dawali.
Też poszłam pod ósmy.
Nie dlatego, że skusiła mnie mrożelina, wcale nie. Zwabiona przejawem życia poszłam zasięgnąć.
Wydało mi się bowiem, że matka drugoklasisty ze szkoły imienia Ofiar Holocaustu będzie wiedziała, jakie zeszyty winnam zakupić w przedsprzedaży. Chodziło, zasadniczo, o to czy w kratkę, czy w pepitkę, czy w pięciolinię, ale nie doceniłam przeciwnika. Otóż i sekret koloru okładek zostanie ujawniony dopiero na dwadzieścia cztery godziny przed rozpoczęciem roku szkolnego, tak żeby ciotka z Aachen lub stryjenka z Wuppertalu mogły te zeszyty zdobyć rzutem na taśmę i podać do Badenii przez konduktora nocnego pociągu. Matka drugoklasisty wykonała rok temu falstart i ma po dziesięć sztuk z każdego rodzaju, niestety wszystkie z nieprzepisową okładką w zygzak. Setka bezużytecznych zeszytów.
- Błąd debiutanta! – rzekła matka drugoklasisty. – Teraz już wiem, że te w zygzak, za pół ceny, to wyłącznie przynęta i pułapka.  Spisek producentów celulozy!
 ©kaczka

[292]

[16 Aug 2016]

(...)
Czy Państwo już zaprenumerowali?


(...)
Przedwczoraj na północy.
Wczoraj na południu.
Jeśli poniedziałek to jesteśmy w domu.
Powrót do domu wcale nie sprzyja organizacji i rutynie.
Może jedynie o poranku, gdy oto dobrowolnie wstajemy jeszcze nim Biskwit otworzy oko, aby Dynia zdążyła na swój stacjonarny obóz językowy.
Obóz Dynia sobie chwali.
Z uwagi na nadwyżki sinologów i japonistów produkowane przez wydział miejscowego uniwersytetu, w obozie oprócz Dyni biorą udział głównie mali germańscy samuraje.
Już pierwszego dnia Dynia zażądała, abym w ramach drugiego śniadania, zamiast kanapek z masłem, lepiła jej z ryżu Millenium Falcon razem z załogą rzeźbioną w parówkach, a całość deponowała w gustownym pudełku bento.
I pomyśleć, że chodziło mi raczej o to, aby Dynia zamiast 'gived' zaczęła mówić 'gave'.
Cóż, nie od razu Londyn zbudowano.
Pani z Connecticut bardzo sobie chwali Dynię, gdyż podobno Dynię jako jedyną można wypuścić samodzielnie do toalety bez obawy, że się tego gorzko pożałuje.
(Natomiast wokabularz, którym nasiąka Dynia i którym szczodrze obdarowuje mnie w drodze do domu to mogą być japońskie przekleństwa, przepis na chińskie sajgonki, albo po zastanowieniu - nawet nieortodoksyjna wersja 'gave'.)
O ósmej rano, gdy odprowadzamy Dynię na lekcje, miasto jest jeszcze rześkie, chłodne, a Haupstrasse nie jest siedmiopasmówką dla turystów.
Żal wracać do domu, więc odkrywamy miasto na nowo.
Przystajemy z Biskwitem na kawę – trochę Mediolan, spacerujemy nad rzeką – jakby Paryż.
Tropimy złote runo i kwadratowe lusterka  – trochę proza życia.
(Lusterka ostatnio widziano w Berlinie, ale z okrągłych można sobie zbudować szklaną górę.)
Koło południa fala ukropu i zagęszczenie turystów każe szukać schronienia.
Pod ręką gotyk pod wezwaniem Ducha Świętego.
Siadamy w plamie tęczy (witraże) i dźwięków (ktoś gra na organach). Z bocznej nawy łypie na nas Marcin Luter cały z plejmobilu (!) Wokół bezszelestnie przesuwają się szare diakonisy i japońscy turyści.
Roztopiony Biskwit niestety błyskawicznie regeneruje się w tym sacrum, więc by ograniczyć zasięg profanum zbieramy się ku wyjściu.
Tu Biskwit zderza się z dziarską diakonisą.
- A dokąd to? – pyta nas diakonisa.
- Do sklepu. Po kwadratowe lusterko. – odpowiadam zwięźle.
- A to posiedźcie sobie jeszcze, a lusterko wam zaraz przyniosę.
I rzeczywiście przynosi.
I kwadratowe, i poręczne.
Dokładnie według specyfikacji.
Takoż, chyba nie skłamię,  mówiąc, że nawet Wszechmogący zrzuca się na wyprawkę dla Dyni?

(...)
A w Bawarii u Bebe żar z niebios.
W zoologu pociły się nawet ryby, a cóż dopiero my, konfrontowani z naukową dociekliwością młodego pokolenia.
- A co to?
(Na wybiegu, pod tabliczką ‘Lamy’, stado królików na szczudłach, na pierwszy rzut oka efekt eksperymentu genetycznego, który wymknął się spod kontroli.)
- Yyyyyyyy... wombat!
- A tam?
- Wombat!
- A tu? W stawie?
- Dwa wombaty!
Cóż, monachijski zoolog pełen jest rozmaitych wombatów albo nielegalnych osadników.
(Jest też opcja, że Dział Tablic i Podpisów Pruskim Neogotykiem nie wyrabia norm.)
Na szczęście w zoologu są i kozy.
Tak charakterystyczne, że ani nie przypominają wombatów, ani nie trzeba ich podpisywać.
Kozy przyjęły nasze dzieci jak swoje.


W Bawarii mają też mętne jezioro pełne kamieni i lewiatanów, a nad tym jeziorem budkę.
W budce siedzi muzykalny Włoch i struga łódki z frytek!
Dawnośmy nie jedli takich dobrych frytek!
Warto było zatem czekać dwa kwadranse na wystruganie i zindywidualizowanie każdej frytki, a dziurę w stole wygryzioną przez głodnego Biskwita dało się zasłonić popielniczką.

©kaczka

[291]

[11 Aug 2016]

(...)
HAL9000, system rezerwacji online na usługach Deutsche Bahn, wkręcił się prawdopodobnie w kilka pętli Möbiusa naraz albo zderzył czołowo z Jowiszem, gdy przydzielał nam stolik w strefie ciszy (!)
Wagon jak rezerwat milczenia, świątynia bezgłosu, nawet śpiący nie odważą się zachrapać, a tu nagle otwierają się drzwi i wpadają do środka dwie królowe kakafonii i turbulencji.
Nie było łatwo, szczególnie iż wrzask nadal stanowi ulubioną retorykę Biskwita.
Acz siłą mocy nadprzyrodzonych, do których zalicza się żelki, kredki i wypchańców z Sezamkowej, odsiedziałyśmy pięciogodzinny wyrok plus czterdzieści minut spóźnienia.
Jedyną osobą, która nie zdzierżyła naszego towarzystwa był Paul Rudd, którego HAL9000 dokleił do naszego stolika i który zapewne planował uczyć się roli albo pisać scenariusz. O dziwo wcale nie spłoszyłyśmy Paula akustycznie. Paul wytrzymał nasze szamotanie z bagażem, szarmancko nabawił się przepukliny wrzucając nam walizki na górną półkę, zdzierżył półgodzinny spektakl  wybierania miejsc przy oknie, okiem nie mrugnął, gdy dzieciny przesunęły mu komputer, by zrobić sobie miejsce na kanapki (ciastko-mielony-ciastko), ale pękł, gdy Biskwit zasadził się by wykonać mu serię portretów czerwoną woskową kredką. Przy czwartym, pod pretekstem udania się do toalety, Paul zbadał teren, wrócił, zabrał swój lepszy lewy profil,  laptop oraz walizkę i zabarykadował się w przedziale pełnym głuchoniemych. Biskwit namierzył Paula podczas jednej z siedemdziesięciu dwóch turystycznych wizyt w toalecie, i nawet dość entuzjastycznie tłukł w szybę akwarium, by zwrócić na siebie uwagę, ale Paul udawał, że nie słyszy.
Przez resztę podróży jedyną rozrywką była gra w ‘Krowę za dziesięć’.



(...)


Pociąg do elektroniki. (Praca zbiorowa) Jeden tablet? Jedna para słuchawek? Dwoje dzieciątek? Nie znajduję wytłumaczenia, dlaczego uznałam, że to optymalna metoda zabicia czasu. Zabicia owszem. Acz niekoniecznie czasu.

(...)
Kręgosłup moralny Enerde i jego prasłowiańskich borów sprawia, że znienacka pośladki Badenii-Wurstenbergii wydają się anarchistycznie rozluźnione. Nieomal potrzebują obcisłych, spandeksowych desusów, by ogarnąć zwis, anarchię i nonszalancję.
Enerde jest jak szalka Petriego dla nacjonalistów. Im mniejsza miejscowość, tym więcej patosu na wyborczych plakatach i jasno z nich wynika, bo nikt nie zawraca sobie głowy żadnym literackim środkiem stylistycznym, że za wszystko odpowiedzialni są geje lub uchodźcy.
Te plakaty wiszą wysoko na słupach, krótkowzroczny nie ma szans zapoznać się z treścią, ale i bez tego treść pewnie wsiąka.
W Enerde w soboty myje się nie samochody, a domy. Od frontu.
Te domy, w których jeszcze ktoś mieszka.
W cukierni przy opustoszałym rynku nieuprzejma ekspedientka sprzedaje nienaturalnie różowe pączki. Asortyment ograniczony do jednego z trzech regałów.  Kilka bułek, dwa bochenki chleba, taca pączków. Różowe pączki smakują landrynkami i marazmem.
Jedyne obroty odnotowuje dyskont ‘Wszystko za jeden ojro’.
Ale tuż za rondem Gagarina wystarczy skręcić w lewo, wjechać w las i zaczyna się Urlaubtopia.
Wyspa prosperity.
Prehistoryczny ośrodek dla enerdowskich junaków zamieniony na kapitalistyczną kolonię turystycznej radości życia.
Mieszkańcy są dla siebie uprzedzająco mili, na alarm biegną z pomocą, tulą do piersi obcych i z radością działają w czynie społecznym.
Trochę brodzimy w jeziorach, trochę włóczymy się po puszczy, cherubiny naruszają ekosystem łapiąc drobne żaby i zaludniając nimi sadzawkę złotych rybek Hauptcioteczki.
(Biskwit domaga się zabrania wiadra żab dla Lelona. Odmawiam. Weto obejmuje również chrząszcze, dołączoną do nich martwą mysz oraz  trzy tony kamieni na kurhanik.)
Biskwit, jak zwykle w każdej podróży, błyskawicznie dorośleje.
Zużywa więcej słów, produkuje nieomal zdania proste, łączy w diecie wędzonego łososia z pasztetową, a śledzie w occie z owocowym sorbetem. W aquaparku domaga się dostępu do basenu dla olimpijczyków, a za tysiąc lat żaby będą o nim opowiadać legendy wymieniając jego imię nabożnym szeptem.
Fryzjerka nie bez trudu rozczesuje Biskwitowi dredy i wyrównuje amatorsko podcinane przez lata pukle.
Biskwit nagle wygląda jak mikroskopijna dziewczynka.
Na festynie nad Bałtykiem ta mikroskopijna dziewczynka żąda niespodziewanie makijażu a’la Królowa Lodu, choć gotowa byłam odciąć sobie jakąś wypustkę, że zdecyduje się na pirackie tatuaże.
Pirackie tatuaże wybiera Dynia.
Nie nadążam.



(...)


(...)
W drodze powrotnej nie odnotowano większych anomalii.
Może jedynie, że Biskwit za sprawą Hauptcioteczki wszedł w posiadanie gwizdka w barwach narodowych i nie omieszkał go nadużywać oczekując na spóźniony pociąg na Dworcu Głównym.
Używanie gwizdka na peronie pełnym zagubionych pociągów i ich konduktorów nie jest dobrze widziane.

(...)
Szkoła imienia Ofiar Holocaustu nadesłała listę rzeczy, z którymi pierwszoklasista ma stawić się na rozpoczęcie roku szkolnego.
Lista jest podobno  jedynie wstępem do überlisty, którą ujawni na szkolnym zebraniu wychowawca klasy.
Zebranie i oficjalne odsłonięcie überlisty odbędzie się dwadzieścia cztery godziny przed rozpoczęciem roku szkolnego, co jakby nie zostawia wiele czasu na zakupy. Acz, mówi Norweski, to podobno taki narodowy sport.
Dodajmy do tego, że należy podpisać każdy spinacz i każdy rysik do ołówka.
A tu już lista wstępna obfituje w obiekty typu, że Herkules byłby popuścił z niemocy. ‘Zaginiony manuskrypt Prousta’, ‘święty Graal’, ‘cztery rodzaje kleju doskonałej jakości’, ‘żółta teczka A4 zamykana bezwzględnie na żółtą gumkę’ i ‘kwadratowe lusterko poręcznych rozmiarów’.
Kwadratowe lusterko?!
Będą sprawdzać, czy nauczyciel oddycha?
Czy to proroctwo siedmiu lat właśnie rozpoczynającego się edukacyjnego nieszczęścia?

©kaczka

[290]

[31 Jul 2016]

(...)
Lato jest dla Dyni poligonem.
Codziennie mierzy się ze swoimi strachami i niemocami.
Występuje na dużej scenie, sypia sama z dala od domu, pływa tam, gdzie stopy nie sięgają dna i w końcu zjeżdża z tej najwyższej ślizgawki na basenie. (Zanim się zdecydowała wchodziła i schodziła z niej cztery razy. W spazmach.)
Biskwit – odwrotnie.
Wiedzie tego lata arkadyjskie życie młodocianego hedonisty.
O szóstej rano zastałam dziś Biskwita w stołowym, gdy aranżował sobie zbilansowane śniadanie ze składników wyrwanych z bufetu życia.
Właśnie nalał sobie do kubka półtora litra mleka, które przy pomocy zydelka osobiście pobrał z lodówki.
Ustami spijał menisk, a rękami uzbrojonymi w nożyczki, z precyzją neurochirurga, uwalniał z torebki  uwięzione w niej żelki. (I nożyczki, i żelatynowe wypierdki wydobył z sejfu chronionego siedmopoziomowym hasłem i skanerem tęczówki.)
Gdyby Biskwit  nie zapuścił przy tym wiadomości BBC, w nadziei, że wystąpi  Elmo, prawdopodobnie udałoby mu się zjeść kilogram Haribo i popić je mlekiem.
Pech Biskwita, że o szóstej rano sen mam lekki, a detektory zgrozy całodobowo nastawione na zakłócenia chaosu. Choć może, gdy już wytarłam ten chaos z zacieków mleka, winnam te detektory jednak nieznacznie podregulować? W końcu mleka i zydelka nie usłyszałam.

(...)
W placówce, chyba również za przyczyną nadmiaru promieni UV i rychłej ekspektatywy wakacji, doszło do poluzowania konwenansów.
Wszechmogąca Dyrekcja, dla której dotychczas byłam niewidzialna, albo jeszcze bardziej niewidzialna, znienacka zatrzymała mnie na korytarzu, rzucając szaradą: ‘Jak tak patrzę na te pani córki to od razu przychodzi mi do głowy Pippi Langstrumpf’.
Powiedziała tak i poszła dalej.
Kilka dni się zastanawiałam nad tą opinią pedagogiczną. Wszak nie są rude i zazwyczaj skarpety noszą do pary?
I gdy ostatecznie, dla świętego spokoju, postanowiłam uznać, że to był jednak zakamuflowany komplement, życzliwi zapytali: 'Ale chodziło jej o to że matka nieobecna, a ojciec w rozjazdach?'
I czar jakoś tak prysł.

©kaczka

[289]

[26 Jul 2016]

(...)
Uff.
Lato nas nie oszczędza.
Nadchodzący nieuchronnie koniec roku szkolnego obfituje w wydarzenia okolicznościowe.
Madame od baletu wynajęła miejscowe Carnegie Hall jako jedyną godną oprawę dla występu śnieżynek w białych rajstopkach.
Wejściówka kosztowała dwanaście ojro od osoby (plus trzy dziewięćdziesiąt dziewięć za rajstopki w motylki), a więzy pokrewieństwa z artystką nie były wystarczającą podstawą do udzielenia jakiegokolwiek rabatu.
Norweski wyciągnął krótszą słomkę i to on odsiedział trzy godziny na widowni w oczekiwaniu na występ śnieżynek.
A gdyby kupił program (dodatkowe dwa ojro) to wiedziałby kiedy się spodziewać i zamiast tkwić tam bombardowany kulturą i sztuką, poszedł by na piwo i wrócił po antrakcie.
Madame podobno skomplementowała rajstopki, załamała ręce nad koczkiem i zaplotła go sama. Faktycznie, odnalazłam następnego dnia w kołtunie nieznane sobie druciane spinacze, które wyjęte z kontekstu, uznałabym raczej za narzędzia do dłubania w zębach niż zestaw obowiązkowy primabaleriny.
(To, że Madame skomplementowała rajstopki, które jeszcze tydzień wcześniej były  przejawem anarchii i lekceważenia wytycznych utwierdza mnie jeszcze bardziej, że w gniazda estrogenu należy wysyłać ojców.)
Występ przed trzystuosobową widownią i owacje rozentuzjazmowanego tłumu rodziców i krewnych śnieżynek, odświeżyły w Dyni poczucie wszechmocy i pewności siebie. Zatem uznajmy, że te piętnaście dziewięćdziesiąt dziewięć nie do końca poszło na zmarnowanie, choć Teatr Balszoj jeszcze do nas nie dzwonił.
Wcześniej młodzież spędziła noc w placówce i podobnież, nikt nie zsikał się w majtki, ani nie chciał wracać do domu, a jedynym zgrzytem był telefon do rodziców Iriny Pussy Riot, gdyż ta o poranku odmówiła zdjęcia pidżamy i mycia zębów.
Walizki (!), z którymi do placówki przybyła poprzedniego wieczora większość młodzieży (w tym Irina) wskazywałyby na to, że rodzice mieli nadzieję, że dzieci znikną przynajmniej na kilka miesięcy, a nie na kilkanaście godzin.
Zainspirowani wydarzeniem Ryfka, Dynia i Łukaszek skręcają już swoją nocną imprezę.
Ku mej radości krótką słomkę wyciągnęli tym razem rodzice Ryfki.
Będą filmy, parówki, frytki, pianki roztapiane w ognisku, czekolada i dalsze zaniedbania w dziedzinie higieny jamy ustnej.
Tymczasem z Wysp przyleciała z coroczną wizytą  Lucyna, więc obecnie mamy na kwaterze dwie sześciolatki i pół.
(Razem, miej nas Boże w opiece, wychodzi z tego charakterologicznie jedna piętnastolatka. To dość intensywne doświadczenie.)
Oprócz trójki stacjonarnych, mamy też ciągle jakieś dziateczki dochodzące w systemie rotacyjnym.
Jest gwarno, tłoczno, wszyscy mówią na raz. Przez rok dziewczęta szlifowały erudycję i w dyskusjach nie biorą jeńców.
(Lucyna w niczym nie ustępuje Ramonie Marquez z serialu Outnumbered. Kto widział, rozumie dramat.)
Braki w wokabularzyku Biskwit nadrabia siłą fizyczną, przemocą i podstępem.
W bezdennych żołądkach znikają bochny bladego, tostowego chleba (raz w roku zdejmujemy z szafy toster), precle i słoiki nutelli.
Oraz kalarepka.
Dla Brytyjczyków najegzotyczniejsze z warzyw kontynentalnych.
(Lucyna spakowała już do walizki dziesięć pozawijanych w bibułki kalarepek obłożonych troskliwie najnowszymi odmianami Haribo.)
Wybierając kalarepki w dziale owocowo-warzywnym miejscowego supermarketu, Lucyna padła na kolana w ekstazie przed regałam z jabłkami  krzycząc, że to chyba sen, bo to niemożliwe, żeby na świecie było tyle rodzajów jabłek, a następnie zażądała po sztuce z każdego.
Podobno tak samo krzyczałam w osiemdziesiątym pierwszym na widok kopców hiszpańskich pomarańczy i bananów. Zatem historia się powtarza, a każda generacja ma swój własny kryzys.
(Do walizki Lucyna dorzuciła kilogram Bismarcków i Renet.)

Upał daje się we znaki.
Upieczone emocje , parujące neuroprzekaźniki i skarlała cierpliwość zmieniają co chwila scenografię – od euforii po bezdenną depresję.
Rzadko czekamy wieczora, by odkapslować butelkę wina.

(...)
Z okazji zakończenia edukacji na szczeblu niskim, Dynia postanowiła wykonać w darze portrety obu naszpań stróżujących w Szwabskich Kluseczkach i utrwalić ich złote myśli.

‘Nie rób scen!’

‘Mam potąd!’
(Myślę, że naszpaniom bardzo należą się wakacje.)

(...)
A na Biskwita wszyscy krzyczą.
Matka krzyczy.

Ojciec krzyczy.
 ©kaczka

[288]

[18 Jul 2016]

(...)
Przypisana w najwyższą porę paczka błękitnych pastylek antyhistaminy pozwala mi wreszcie bez zakłóceń cieleśnie obcować z przyrodą.
Pierwszy raz od wielu lat.
Łąka pełna polnego kwiecia już mnie nie dusi. Mogę leźć przez chabry, kurdybanki, zwoje i powoje i nic! Mój układ immuno jest neutralny jak Szwajcaria. Bankrutują producenci chusteczek.
Mogę leźć to lezę.
Razem z Biskwitem odkrywamy wiejskie przedmieścia miasta, wyspy lasów, morza traw i najodleglejsze kuwety piaskownic.
Spod nóg pryskają nam małe, zielono-srebrne jaszczurki.
Prowadzą  nas ojciec Lelona i Lelon.
Jak Rumcajs z Cypiskiem.
Nawet kapelusz się zgadza.
Mają tę przewagę, że swym dziarskim marszowym krokiem z Rzacholeckiego Lasu dotarli już pewnie kilka razy do Berlina i z powrotem, ale przez grzeczność zaprzeczają, gdy tak przez ostrą zadyszkę, z końca peletonu, suponujemy im ten Berlin .
Nie, nie. Oni tak tu tylko chodzą dopiero od listopada.
Tak, galopem. Po pięć godzin dziennie.
Skromnisie (!)
Bywa, że spotyka się kogoś w najlepszym z możliwych momencie.
To jest właśnie taki moment i taka znajomość.
Pomaga znieść ciężar lata, daje Biskwitowi własny krąg znajomych, nad którym Dynia nie ma wreszcie kontroli, a w bonusie częstuje piękną i poprawną polszczyzną.
Zatem Carpe diem! póki nie nadejdzie jesień, a dzieci dostaną powołanie do koszar.
Na prozacu z antyhistaminy nie straszny mi nawet piknik przedszkolny w środku prastarego, germańskiego boru.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio mogłam bez całopalnej ofiary z siebie wejść do lasu i nie wysmarkać się na śmierć?
W ubiegłym stuleciu?
(W tym, albo nie miałam skutecznych pastylek, albo lasu.)
Naszpanie zadbały o nienachalne atrakcje dla młodzieży. Można było sobie nanizać korali z recyklingu, albo usmażyć kiełbasę, albo skoczyć w worku, albo też – i to nadzwyczajnie zajęło Biskwita – przelewać z pełnego w próżne kolorową wodę używając strzykawek, sitek, lejków i blaszanych kubków.
(Kątem oka zaobserwowałam, że jedna z naszpań wystąpiła w koszulce z napisem: Break all rules.
Szaleństwo, czy zaplanowana strategia dywersyjna?)
Jedyny zgrzyt w tej anarchii nastąpił pod koniec imprezy, gdy Wszechmogąca Dyrekcja zażądała pożegnalnego kręgu pieśni i poezji śpiewanej. Tu szczególnie ujawnia się zaleta zatrudniania personelu z Rosji. Taka naszpani zawsze podskoczy z akordeonem i  zagra na zamówienie. Wszystko. Wysockiego, Biełyje rozy, albo Amerikę  Rammsteina.
Było dobrze, choć niewykluczone, że tu przemawia przeze mnie euforia człowieka, który leżał w trawie i nie doznał wstrząsu anafilaktycznego.
A na końcu tego hołdu dla przemysłu farmako, dla tych, co syntetyzują, by inni mogli do woli zaciągać się trawą (!), kocią sierścią i upiec sobie kartofla w ognisku, trzeba wspomnieć, że na fali tej immunoprosperity wyskoczyliśmy do wsi obok na szkocki festiwal. Tam panowie w spódniczkach ciskali dziewiętnastokilowymi odważnikami, krzepkie dziewczęta rzucały młotem, naród kosztował alkoholi, celtyccy wróże przepowiadali przyszłość, pasterze owiec chwalili się zaradnością swych pasterskich psów, niemieckie stepdancerki wystukiwały ze sceny irlandzkie hopsasy, a oprócz sznycli frytek i kebabów, kuchnia serwowała Irish stew i szkocką kaszankę.
Kaszanka z Wysp jest mi jak magdalenka Proustowi, albowiem nie raz i nie dwa, a nawet dość regularnie zażywaliśmy jej z Biskwitem na śniadanie w czasach, gdy łączyła nas jedna pępowina.
I tym razem  kaszanka nas nie zawiodła.
Biskwit wyrwał mi naszą (łudziłam się, że się podzielimy!) porcję - chochlę kaszanki na stłuczonych kartoflach, gęsto dekorowaną gotowaną marchewką  -  i wymachując obronnie widelcem, spożył wszystko rękami, za nic sobie mając, że Dynia próbowała mu za wszelką cenę danie obrzydzić. A to symulując wymiot, a to suponując, że ktoś wcześniej to danie już w talerz zwymiotował.
Potęga DNA kaszanki trwale scalonego z Biskwicim genotypem!
Jadłotypem?

(...)
Aktualną zmianę dekoracji wymogło lobby komentatorów zirytowanych brakiem licznika komentarzy. W tym i ja. Za malowanie, przesuwanie mebli  i przklinanie w hateemelu odpowiada, jak zwykle, niezawodna Bebe. Jeśli w ciągu najbliższego tygodnia nic się tu nie urwie, nie pęknie, ani nie zawali to już pewnie tak zostanie.


©kaczka

[287]

[15 Jul 2016]

(...)
Żenewiew wniesiono wczoraj na lekcję ksylofonu w  najróżowszym z możliwych lateksie, opasaną  wokół pasa obręczą ze sztywnego tiulu, w złotych pantoflach i nylonach w kokardki. Do tego trzy kokardy i smoczek.
Na ten widok pozostałe, rachityczne dwulatki zbiły się zlęknione w gromadkę, w kąciku za klawikordem, a Żenewiew rzucała na nie cień jak King Kong z Empire State.
(Scena jak z Almodovara.)
A wydawało mi się, że szkoła baletowa Dyni otrzaskała mnie z esencją fuksji, różu i estrogenu.
Co prawda, nieszczególnie się tam rozglądam. (Złośliwi powiadają, że wbiegam tam i wybiegam jak czarnoskóry gej-Meksykanin na wiec Donalda Trumpa.)
Może gdybym rozglądała się bardziej, to na pytanie: 'Czy Dynia ma już białe rajstopy i włos spleciony w koczek do finałowego występu?', które znianacka zadała mi Smoczyca trenująca szczerbate primabaleriny, miałabym  jakąś konkretną odpowiedź i nie musiałabym symulować ataku astmy?
I tak, w ten oto dość  brutalny sposób, posiadłam wiedzę, że wszystkie najbliższe weekendy lukrowane następczynie Barysznikowa spędzą na próbach übergali ćwicząc te swoje rien ne va plus i s'il vous plait.
Obowiązkowo w białych rajstopach.
Gładkich, białych rajstopach.’ – podkreśliła wężykiem Smoczyca.
Tak jakby kupienie białych rajstop latem już samo w sobie było bułką z masłem fat-free (fat-free, bo, ostatecznie, jednak rozmawiamy o baletnicach).
Przypuszczam, że Smoczyca bierze tymi rajstopami odwet na protoplastach swych uczennic.
Za wszystko.
Mimo całorocznego wysiłku, różowe bezy i czarny łabędź (Dynia nadal w antracytowym odzieniu) z trudem odróżniają strony świata. Ustawione przy drążku przewracają się wywołując efekt domina, a podczas zsynchronizowanego poruszania wypustkami różnica między początkiem peletonu,a jego końcem wynosi czasem nawet i pół godziny.
(Na własne uszy słyszałam – zenit anarchii – gdy jedna z młodocianych balerin w trakcie tańca zatrzymała cały korowód mówiąc, że właśnie teraz wychodzi do toalety. Za nic miała, że na jej plecach spiętrzył się kopczyk baletniczek, które nie zdążyły wyhamować.)
Zatem, biorę na klatę, że rajstopy mają być białe i gładkie, choć zdobyłam jedynie białe w motylki.
(Ktoś podobno widział gładkie w Berlinie.)
Cóż tam zresztą motylki, jeśli włos ma być spleciony w koczek, a mnie nawet pospolity warkoczyk rozpada się w rękach!
A wczoraj w placówce opiekuńczo-wychowawczej widowisko światło-dźwięk.
Okazało się, że każdy cherub przez rok pisał swoją pracę licencjacką na temat urody i zalet naszej dzielnicy.
Oprawione te dzieła wręczono dziateczkom na uroczystym apelu w obecności zaproszonych gości: nuncjusza apostolskiego, właściciela supermarketu, rzecznika prasowego burmistrza i miejscowego artysty, który w nocie biograficznej określa siebie czułym mianem ‘romantycznego surrealisty’ i który podarował kazdemu z nieletnich zestaw swoich prac w formacie pocztówkowym. (Kilka z tych prac to interesujące akty.)
Nie miałam okazji się wzruszyć, widząc dziecinę moją szczerbatą (górne, chybotliwe jedynki padły ofiarą brzoskwini) śpiewającą w pierwszym rzędzie niemieckie szlagiery, albowiem Biskwit dotarł do kresu swej wytrzymałości fizycznej, przekroczył bez wizy i paszportu wszelkie granice i należało go pospiesznie deportować z widowni nim nuncjusz zawezwałby egzorcystę.
Norweski mówi, że niewiele straciłam.
(Tak, jedynie jakieś resztki godności osobistej.)
Za tydzień placówka nakazuje dostarczyć młodzież z materacem, piernatem, pidżamą i szczoteczką do zębów.
Naszpanie urządzają dziateczkom popas z noclegiem.
Nie wiem.
To zemsta, czy skłonność do samoudręczenia?


©kaczka