Image Slider

[376]

[26 Oct 2017]

(…)
Zgodnie z obietnicą Szkoła imienia Ofiar Holocaustu zorganizowała Festiwal Grzyba.
Sobota. Obecność obowiązkowa.
Ochronka imienia błogosławionego Kryspina z Aaachen przyłożyła w drugą nerkę, organizując orgię na cześć odgrzybienia placówki.
Niedziela. Obecność obowiązkowa.
Weekend zobowiązań opiekuńczo-wychowawczych.
Bachanalia z lajtmotywem pieczarki.
Fajerwerk na cześć trujących muchomorków.
W kategorii Szkolne Festiwale nie jesteśmy już amatorami.
Wiadomo, że najpierw trzeba rzucić się na loteryjkę, a potem na sernik i kiełbasę, zanim popyt zje podaż.
(Znowu po zupę z dyni lepiej nie rzucać się wcale, bo młodzieńcy z zawodówki, którym co roku samobójczo zleca się zadanie pilnowania garnka, na widok dziewcząt z zawodówki gotują się raczej sami – taki hormonalny bulion. A przy okazji gaszą w zupie niedopałki papierosów.)
Wiadomo też, że nikt nie każe nam już piec sernika, bo pieczenie serników, a także sztrudli, wysokopiętrowych weselnych tortów i sufletów zleca się rodzicom pierwszoklasistów, gdyż im jeszcze bardzo zależy.
Wiadomo, że nie ma sensu brać udziału w indywidualnym konkursie plastycznym na portret grzyba, bo zawsze znajdzie się jakiś gorliwy rodzic, który w przebraniu pierwszoklasisty wystawi wyklepanego  przez siebie z mikroprocesorów borowika. I ten borowik nie tylko będzie aportował mech i patyczki, nie tylko będzie podawał aktualną temperaturę i wilgotność powietrza w Urugwaju, ale jednocześnie okaże się maszyną do gofrów.
(A wiadomo, bez amatorskiej maszyny do gofrów, obsługiwanej przez zdobioną trądzikiem młodzież szkolną lub emerytowanych członków Stowarzyszenia Hodowców Gołębi, jakakolwiek orgia w eReFenie z automatu pozbawiona jest stylu i klasy.)
Na marginesie, nagrodą za tego borowika, klepanego nocami z kawałków utajnionej satelity szpiegowskiej i żelazka, jest paczka pralinek z Netto.
Wiadomo też, że nie ma sensu brać udziału w zespołowym konkursie plastycznym na portret grzyba, gdyż z naszpanią od Mastodontów jako architektem wizji artystycznej, Mastodonty mogą sobie od razu nakleić na zadki kartki z bonmotem: Kopnij mnie!
Naszpani od Mastodontów jest bowiem żarliwą wyznawczynią niemieckiego neorealizmu w ilustracji dziecięcej. Zatem, jeśli należało omamić jury wieloelementową, przestrzenną realizacją artystyczną o tematyce Grzyb, to było jasne, że Mastodonty będą lepić neorealistyczne muchomorki w neorealistycznym runie leśnym.
Przez moment, gdy naszpani zażądała od rodziców, by na konto zwycięstwa nakopali mchu i paproci oraz wyskoczyli z setki rolek papieru toaletowego, zajaśniała nadzieja, że instalacja artystyczna Mastodontów, jeśli nie imaginacją to przynajmniej rozmachem i areałem zmiecie konkurencję. Niestety, klasa Trzecia B wybudowała kilka grzybów wysokopiennych, purchawek – drapaczy chmur i na nic się zdało, żeśmy jak obłąkane dziki ryli Mastodontom ten mech w ogródkach, a potem wspólnym, rodzicielskim wysiłkiem rozwinęli siedemset rolek papieru toaletowego na nóżki dla muchomorków. Trzecia B rozmazała konkurencję po ścianach. W porównaniu z gabarytem purchawek Trzeciej B, Mastodoncia makieta była lakoniczna i mikroskopijna.
No i kij grzybu w nóżkę, powiecie.
Niby tak, ale Trzecia B wygrała mrożoną pizzę dla całej klasy (corocznym fundatorem nagrody jest kiosk z kebabem), co straszliwie upodliło i sponiewierało morale Mastodontów.
Dzieciny popadły w zbiorową histerię, człek nie wiedział, kogo najpierw tulić do piersi? Swoje, cudze? Komu ocierać smarki? Swoim? Cudzym? Komu chusteczki wciskać? Swoim? Cudzym? A gdy do chóru poniżonych dołączył z lojalności Biskwit to w sumie wyszła z tego akustyczna, przenośna wersja końca świata.
I tu oczywiście, można by się zastanowić, jaki jest sens narażania niewiniątek na taką rzeź marzeń o mrożonej pizzy i czy za dwadzieścia lat będą o tym zdarzeniu wspominać na kozetce psychoterapeuty?
Czy biorąc pod uwagę, że życie i tak hojnie sypie łupieżem rozczarowań, nie lepiej byłoby ich cherubiętom oszczędzić?
Ale okazuje się, że nie! 
Że tu jednak trzeba od maleńkości wyrywać nóżki motylom oczekiwań, bo młodzież dorasta i się robi taka jakaś melodramatyczna.
Siedzę wczoraj w Przymierzu, składam układankę z tysiąca raportów. A właściwie, ponieważ kawałki zupełnie do siebie nie pasują, to wciskam je na siłę. Butem, obcasem, młotkiem i słowem wulgarnym. I wtedy wchodzi ona – istota, która spadła z księżyca - i mówi, żebym jej tu natychmiast i od ręki podpisała list do ludzkości, w którym oficjalnie potwierdzam, że istnieje życie na Marsie. I że najlepiej, że inteligentne.
Yyyyyyy...
Nie byłam, nie widziałam, nie rozwiązywałam z Marsjanami sudoku ani krzyżówki z Przekroju, więc odmówiłam.
A ona na to, że jeszcze nikt jej nigdy aż tak nie rozczarował jak ja tu i teraz i że nie omieszka o tym zawiadomić wszystkich na prawo od Proxima Centauri i na lewo od Betelgezy.
Nigdy jej nikt aż tak nie rozczarował?
Nigdy?
Aż tak?!
Mam zatem teorię, że to dlatego, że nikt jej nie kazał lepić w młodości muchomorków w ofensywie względem Trzeciej B!

©kaczka

[375]

[18 Oct 2017]

(…)
Zaprawdę, nic w życiu nie dzieje się przez przypadek.
Gdybym onegdaj nie obejrzała Obcych w edycji Przymierze to nie wiedziałabym, że ktoś już zekranizował moje życie zawodowe.
Precyzyjnie i w detalu.
Z boku może to wygląda, że ja tu się skupiam na oborach, na mechanice wymion, albo na wyplatanych z PCV koszyczkach na pieczarki, ale to tylko pozory.
Tak naprawdę, mam nieodparte wrażenie, że wcisnęłam się w spandeks kosmonauty i zaokrętowałam na Przymierze.
Spandeks trochę się rozłazi w szwach i są na nim tłuste plamy.
Trochę od tych drożdżówek z sąsiedniej planety, trochę od humble pie, którym czasem nakarmią człowieka, a czasem to nawet cisną mu ten placek w twarz jak w slapstiku.
Na plecach spandeksu dziury od noży wbijanych w plecy zasupłałam na okrętkę. Pod nogami turlają mi się szklane kulki, które rozsypują mściwe androidy tylko czekając, kiedy się potknę i otłukę sobie zadek.
Lot załogowy.
Niby są jakieś plany tej kolonizacji, ktoś tam przez ostatnie siedemset lat przeprowadzał wymagane symulacje i rozpisał wszystko na algorytmy, które dla pewności przetłumaczono nawet na ugrofiński.
Ale cóż to, skoro łatwo nas zwabić darmowym ciasteczkiem na mijaną planetę, gdzie stajemy się łatwym łupem mściwych ksenomorfów urzędniczej biurokracji.
Z niejednego naszego raportu ksenomorfy wypruły już wątpia i wątpliwości.
A my te zainfekowane zwłoki dokumentów bez żadnej kwarantanny zawlekamy z powrotem na pokład i dziwimy się potem, że  strach wyjść do toalety, bo zwyrodniałe audyty opanowały nawet kanalizację.
Jednakoż to nas wcale nie zraża, między dziewiątą a szesnastą czujemy się wezwani do rzeczy wielkich.
Ostatnio zajął nas, na przykład, taki problem, że ktoś nam do Przymierza podrzucił szesnastotonowy ciężar. Najpierw postanowiliśmy, że będziemy zbiorowo udawać, że wcale tego ciężaru nie ma, ale to było trudne do wykonania, bo Przymierze się od tego monolitu znacząco przechyliło w jedną stronę i od chodzenia po nierównych korytarzach prawe nogi nam się wydłużyły, a lewe skróciły i nikt nie wiedział gdzie kupować sobie spodnie. No i kawa się wychlapywała z kubków.
Toteż pewnego popołudnia zgromadziliśmy się w mesie, gdzie każdy mógł wystawić swój pomysł pozbycia się szesnastotonowego ciężaru pod publiczną krytykę.
Jak dotąd bezskutecznie, próbuję sobie przypomnieć tę sekwencję zdarzeń, która doprowadziła do tego, że w pewnym momencie za najprostsze rozwiązanie naszego problemu jednogłośnie uznaliśmy wyłączenie grawitacji.
Ale nie, że wyłączenie grawitacji w jednej probówce, w jednym pomieszczeniu, w jednej ładowni, czy choćby w jednym Przymierzu.
Nie. Przy kawie i ciasteczkach, na siódmym z drugiej serii, stugodzinnym zebraniu w tej sprawie ustaliliśmy, że tę grawitację należy wyłączyć dla pewności w całym wszechświecie.
- W całym? - postanowiłam się upewnić, bo akuratnie protokołowałam tę rewolucję.
(Dwadzieścia siedem stron, Comic Sansem naprzemiennie z DejaVu Sans Condensed. To tak trochę w nadziei, że będzie i zabawnie, i zwięźle. Spojler! Nie było.)
- W caluteńkim! - potwierdził Dział Innowacji i Defenestracji. - I na marginesach najlepiej też.
- I pod podszewką! - dorzucił Dział Planowania i Destabilizowania. - I k o n i e c z n i e pod drugim dnem.
- ... i najlepiej będzie, gdy to kaczka o tym poinformuje wszechświat. No wiesz, kaczka, pismo do ONZ, okólnik, międzyastralna konferencja prasowa, Szanowni Państwo, wyłączamy, z poważaniem. Twój podpis. I ze trzy pieczątki - dorzuciła reprezentacja Działu Regulacji i Mieniaracji.
Napisałam i wysłałam pocztowym, kosmicznym gołębiem.
Napisałam, albowiem stare, marsjańskie przysłowie mówi, by nigdy! przenigdy! nie odwracać się plecami do tych, którzy wiedzą, na której półce we wspólnej lodówce trzymasz swoje śniadanie!
Rzecz jasna,  zmieniłam w dokumencie moje nazwisko, płeć, PESEL i domalowałam po całości cudze odciski palców.
Taki ze mnie międzyplanetarny Bear Grylls w dżungli korporacji.
Jak się okazało słusznie, bo kopię gołębia przechwycił mój szef, ostatni na pokładzie, którym nie zawładnęli Obcy i który zachował w tym szaleństwie rozsądek. Acz, gdy ten rozsądek przemawia przez niego to używa takich słów, że człowiek jednak sobie gratuluje, że pisał lewą ręką i poprosił panią sprzątaczkę, żeby pośliniła kopertę. (Wiadomo, na wypadek identyfikacji wyprutej z DNA.)
Szef mój, po trosze Kapitan Kirk, po trosze Adam Słodowy, jest jak ta gumka recepturka, na której trzyma się to całe Das Przymierze. Doskonale się rozumiemy, choć zdarzają się nam zakłócenia komunikacji wynikające z różnic kulturowych. Gdy, na przykład, powiedział mi 'Sprzątnij!' to okazało się, że wcale nie miał na myśli członków Unijnej Komisji do spraw Konceptualizacji Udoju, a jedynie pulpit w moim laptopie.
(Nad czym, po fakcie, ubolewam).

Jednakoż, może się wszak zdażyć, że ONZ rozpatrzy pozytywnie tego gołębia, więc ostrzegam, że mogą nastąpić przerwy w dostawie grawitacji.
To mówiłam ja.
Kwczk... z odciskami palców Brada Pitta

©kaczka

[374]

[4 Oct 2017]

(…)
Zaiste.
Są rzeczy, które człowiek robi na trzeźwo, a wcale na to nie wygląda.
To musiał być jakiś proces myślowy zagłuszany bębenkiem Biskiwta, długością przypominający szlak kolei transsyberyjskiej, a zawiłością sieć metra w Pekinie, gdyż inaczej, skąd i jak przyszłoby mi do głowy, że nadajemy się z Norweskim i przydatkami na weekendową imprezę wyjazdową, pod tytułem: Muzykowanie z Montessorianami.
Zamieniłam się zatem prawdopodobnie z fistaszkiem na rozum i wpłaciłam wpisowe.
Poniekąd usprawiedliwia mnie to, że nie zauważyłam załącznika z planem imprezy, a kiedyśmy go otwarli dzień przed podróżą to już było za późno żeby uciec.
Acz nie za późno, żeby się rozpłakać.
Jako, że w naszym domu tradycja aktywnego muzykowania ogranicza się do słuchania dwóch płyt, z których jedna to The Best of Elmo, druga to The Best of Disney, ambicje organizatorek przedwsięzięcia (w sobotę wystawimy Carmina Burana, a w niedzielę Cztery Pory Roku w wersji orkiestralnej) trochę nas speszyły.
Strategicznie, acz ograniczeni pracą zawodową, przybyliśmy na miejsce (Dom Rekolekcyjny imienia Drzwi w Wittenberdze skrzyżowany z siedzibą Lokalnego Związku Hodowców Bydła i Trzody Chlewnej) w piątek po kolacji (cel uświęca środki), tuż po wieczornych zajęciach chóru, tak by od razu zabarykadować się w pokoju i nie musieć z nikim integracyjnie śpiewać.
Dzieci usnęły, a my dla odwagi odkapslowaliśmy dwie przemycone, miniaturowe puszki [1] z alkoholem rozlewając je do łazienkowych kubków przeznaczonych do mycia zębów.
Jak na koloniach!
(Puszki producent okrasił wizerunkiem tęczowego jednorożca i fakt, że je nabyłam dobitnie świadczy, że moja percepcja rzeczywistości wymaga stuningowania po ostatnich zderzeniach z rzeczywistością.)
Albo wręcz przeciwnie.
O poranku, w sobotę, okazało się, że z sali prób widać ponętny plac zabaw, więc cała gromada montessoriańskich dzieci stała odwrócona do dyrygentów plecami, z nosami przyklejonymi do szyb, podczas gdy rodzice pląsali śpiewając na głosy.
Pod powiekami, na wieki, zostanie mi taka klatka: dwudziestu ojców trzymających się za ręce wije się w kółeczku i te ręce unosi ku niebu, śpiewając przy tym barytonem: Our love is strong, the life goes on.
Bardzo w tej konkretnej chwili unikałam wzroku Norweskiego, więc wypalił mi jedynie kilka dziur w czole, na plecach i nieznacznie osmalił brwi.
(Węszę, że Montssorianie mają jakąś niezdrową skłonność ku śpiewom kanonów i przypuszczam, że przy takim rozłożeniu edukacyjnych akcentów prawdopodobnie Biskwit w nowej placówce nie nauczy się pisać i czytać, ale za to posiądzie umiejętność nucenia Panie Janie w rozdwojeniu na szesnaście głosów, co kiedyś pozwoli mu wygrać Erefen got talent!).
W międzyczasie popełniłam błąd nakazując kontestującej sens imprezy Dyni pójść natychmiast-bo-mnie-zaraz-szlag-trafi socjalizować się z grupą rówieśniczą. Nie przyszło mi do głowy, że w tym nastroju Dynia dołączy do grona nastolatków-kontestatorów muzycznego weekendu i zostanie wybrana na wiceprzewodniczącą oraz skarbnika opozycji.
Opozycja schowawszy się w krzakach pobrała maczety i zamiast grać na metalofonach strugała oszczepy. Zanim ich odnaleźliśmy i pod przymusem odprowadziliśmy na lekcje kompozycji orkiestralnej udało im się nastrugać tyle, że przynajmniej komitet organizacyjny powinien obawiać się snajperów i o swoje życie.
Po pierwszych przesłuchaniach Norweskiego wyrzucono z sekcji Beat Box (za duża pojemność płuc) i wyproszono z chóru rodziców (za mała pojemność płuc). Norweski spędził zatem cały poranek czniając muzykę i szukając zen na slackline. Kilka razy znalazł go na tej linie Biskwit, więc wiadomo, zen Norweskiego diabli wzięli, ale wtedy to Biskwit odzyskiwał zen, więc świat jakoś utrzymywał swoją homeostazę.
[Dochodzę do wniosku, że w życiu naszej rodziny zen ma stałą, ograniczoną objętość i kto wstanie wcześniej (Biskwit), lub kto tupie mocniej (Biskwit), lub kto potrafi sobie najwięcej uszarpać (Biskwit) ten ma.]
Po pierwszych przesłuchaniach mnie przesunięto do sekcji Malen und Basteln, gdzie do moich obowiązków należało rozmnożenie trzech mikroskopijnych korkociągów na dwadzieścioro dzieci i przekonanie ich, że półgodzinne borowanie przelotowej dziury w grubym jak ramię konarze jest fascynującą rozrywką, a jeszcze fajniejsze od niej jest wielogodzinne czekanie na swoją kolejkę. Widząc, że tracę publiczność na rzecz 'wraźmy sobie w oko wypalarkę do drewna' tudzież 'przyklejmy Kleofasa do siedzenia klejem stolarskim', porwałam młotek i gwóźdź i pogwałciwszy montssoriańską zasadę odnajdowania przyjemności w czynnościach upiornie monotonnych, wykonałam w ciągu pięciu minut czterdzieści otworów w konarach, tak aby młodzież zanim się pozabija, przedśmiertnie wykonała instrument muzyczny z gałęzi i kapsli. Z niewiadomych powodów wcale to nie uszczęśliwiło naszpani prowadzącej.
Drugi raz podpadłam Montessorianom za sprawą Biskwita.
Jako, że pierwszego dnia na zajęciach dla swej grupy wiekowej (imitowanie radosnych kucyków, śpiewanie na trzy głosy oraz pszepani, Lorencjusz nie zdążył do toalety) Biskwit gardził mą obecnością, bawił się znakomicie i był o krok od zostania gwiazdą socjometryczną, uznałam, że na kolejną imprezę Biskwit może udać się sam.
- Pa pa. Całus. Idę się zdrzemnąć.
(A słabo spałam, bo dzieliłam tapczan z Biskwitem, który ćwiczył rytmikę na mojej śledzionie.)
- Tak, mamusiu, do zobaczenia po zajęciach.
Nie zdążyłam nawet spojrzeć na poduszkę, gdy u moich drzwi wyrosła zatroskana delegacja rodziców z wiadomością: Biskwit BARDZO tęskni (a mową ciała i laserem wzroku dodawali: tylko wyrodne matki porzucają swoje dzieci).
O, Mario, w swej naiwności przypuszczałam, że przynajmniej twoi naśladowcy będą się znać na odmianach tęsknoty i są wyposażeni w detektory bullshitu.
Biskwit, dziecina, która od chwili narodzin zna drogę do komody z konfiturą i otworzy każdy jej nawet zassany wek (a konkretnie znajdzie kogoś kto mu ten wek otworzy), na widok przyspawanych do rodziców pięciolatków ssących pierś albo kciuki, uznał, że coś go omija i po prostu wyegzekwował.
Matkę w weku.
Najbardziej oszustnymi, wybrakowanymi, samowysychającymi łzami jakie można sobie tylko wyobrazić.
(Zaiste, jeśli tak będziemy przechodzić okres adaptacji do nowej placówki, to realistycznie oceniam, że adaptacja ta nastąpi tuż przed maturą. Moich prawnuków. Szczególnie, że Biskwit nie jest fanem mej pracy zarobkowej, gdyż przez nią musi uczęszczać, śpiewać na głosy, wykłócać się o kotlety i sikać w miejscach publicznych. Biskwit ma poczucie, że to wszystko kradnie mu czas, który mógłby poświecić na jedzenie czipsów, bekanie i malowanie na ścianach wywrotowych haseł.)
Nietrudno sobie wyobrazić, jak radosnym musiałam być kucykiem i z jakim entuzjazmem śpiewałam na trzy głosy. I co niecenzuralnego podpowiadały mi głosy w mej głowie.
W tym czasie głos sumienia Biskwita – co nie dziwi – milczał. Bo zawsze milczy albo coś tam od czasu do czasu mamrocze pod nosem.
Trzeci raz podpadłam Montessorianom, gdy rzuciłam się jak wygłodzony kucyk do stolika z ekologicznie wegańską biosałatą, nie zważając, żeśmy jeszcze nie odśpiewali czterdziestu strof pieśni przedobiedniej na siedem głosów.
Za czwartym razem podpadłam wszystkim zrzeszonym i niezrzeszonym, również za sprawą Biskwita.
Była to sekcja wieczornych kołysanek dla najmłodszych.
Na środku podłogi ustawiono otwarte źródła ognia, wokół ułożono poduszki, a potem odśpiewano najbardziej antykołysankową pieśń o krwiożerczym tygrysie. Wszystkie dziateczki pobrały z tego dodatkową porcję energii, której część postanowiły zainwestować w karierę żywych pochodni. Jedynie Biskwit, zgodnie z regulaminem sesji, jako jedyny z zebranych na sali usnął przy ostatniej zwrotce.
Niosłam go tak na rękach, przezornie już odzianego w pidżamkę, przez szpaler rodziców gaszących entuzjazm i gorejące ubranka na swoich dzieciach i czułam się wyjątkowo niepopularna.
Ostatecznie Carmina wypadła z planu. Vivaldi wystąpił pod postacią bryku w wersji na kilka fletów szkolnych, gitarę, trąbkę, dziwne południowoamerykańskie pudełko wydające rzewne dźwięki oraz kontrabas. O dziwo, Vivaldi był nawet rozpoznawalny.
Dynia partycypowała na scenie w grupowej, in statu nascendi kompozycji na dwanaście metalofonów, a jej rola polegała na robieniu bdzynk w odpowiednim momencie, raz na siedem minut, czyli dwa razy podczas występu.
Biskwit był najradośniejszym kucykiem na scenicznym padoku i rżał na trzy głosy. Nieustannie. Nawet wtedy, gdy nie wymagała tego rola.
Mnie i Norweskiego oddelegowano do sprzątania.
Według niezależnych pamiętników naszych dziateczek oprócz zebrania dwudziestu ton kasztanów, najbardziej ekscytującą częścią imprezy było to:





To, czyli piętrowe łóżko.

[1] Potem okazało się, że Dom Rekolekcyjny miał zasobną piwnicę win, którą można było osuszać wrzucając odliczony pieniądz do skarbonki lub na tacę.
Gdybyśmy o tym wiedzieli odpowiednio wcześnie, zapewne publicznie zaśpiewalibyśmy z Norweskim te Cztery Pory na siedemnaście głosów przygrywając sobie na grzebieniach. I nikt by nas nie powstrzymał.

©kaczka

Wesele

[3 Oct 2017]

(…)
(...)
Zatem zanim patyna historii pokryje brokat i glamour, koniecznie należy zanotować, że gdzieś między jedną oborą a delegacją norweskiego przemysłu garbarskiego wydarzyło się kaczce wesele u Bebe.
Wesele miało miejsce w samym środku Erefenu, tym bardziej nie wiadomo jak wytłumaczyć fakt, że sklep spożywczy w tymże środku oddalonym o dobre dwa tysiące kilometrów od Kiruny miał w asortymencie całą gamę szwedzkich produktów żywnościowych - od ulubionych ciastek z Göteborga po zapuszkowaną karmę dla psów pociągowych.
- Jesteś pewna? - zapytał Norweski, gdy trzeci raz obróciłam ze sklepowym wózkiem po kolejną porcję ciastek dopychając je kolanem w bagażniku.
Byłam.
(Bo to dobre ciastka są.)
Na miejscu Norweskiego bardziej niż wyprztykanie domowego budżetu na polisacharydy przekładane nostalgią, waniliną i aromatem syntetycznych pomarańczy, niepokoiła by mnie myśl, że oto Szwedzi od czasów Potopu mają tu swoją sekretną bazę i na dany przez kolejnego z Gustawów znak, wykopią zakopane w ogródkach hełmy Wikingów i renifery bojowe i zechcą oderwać tę dzielnicę od Heimatu.
Należy docenić, że dzięki mnie oblężenie miejscowej fortecy potrwa zapewne kilka dni krócej z braku dostatecznej ilości ciastek.
Na psim jedzeniu i mrożonej pizzy Billy's długo niepooblężają. (Chyba, że to studenci. Studenci, jak wiadomo, zjedzą wszystko, nawet Tvättmedel Color 3kg Via i jako tacy, świetnie się nadają na płatnych najemników szwedzkiej rodziny królewskiej.)
Wynajęliśmy sobie lokum w sąsiedniej wsi o nazwie Lorem Ipsum.
(Jakkolwiek trudno w to uwierzyć, aby tam dotrzeć w pewnym miejscu głównej Bundesautostrady Berlin-Monachium trzeba dość gwałtownie skręcić w leśną dróżkę, przecinając trawnik obok stacji benzynowej. Loremipsumici twierdzą, że od czasów Wikingów to ich uświęcona runami główna droga łącząca Lorem ze światem, a konkretnie Sztokholmem.)
Nie zraziło nas, że wybrany zajazd wywiesił tabliczkę, iż z uwagi na zalanie kuchni nie serwuje gorących posiłków.
Swój ciągnie do swego.
Grzyb do grzyba.
(Tu dygresja. Za tydzień odbędzie się kolejny szkolny Oktoberfest tym razem pod tytułem: Grzyb. Doprawdy! Taki temat, a ściana z Roquefortem już poza naszą jurysdykcją!)
Zajazd okazał się wyśmienity, oferował jajka bez Fipronilu, umieścił nas pod suchym sufitem, a dziewczętom zaproponował oderwany od rodziców pokój z telewizorem. I już ta miejscówka czyniła z wesela Bebe imprezę stulecia.
(Są zatem plany, by odtąd każdą podróż do Hauptcioteczki przerywać popasem w Lorem Ipsum, rzecz jasna póki będzie to erefenowska jednostka administracyjna, a nie miejscowość przy płatnej, szwedzkiej autostradzie.)
Na wesele do Bebe Dynia i Biskwit wkroczyły nieznacznie spóźnione, ale lśniące cekinem.
Trzy lata suknie wisiały w szafie (zapobiegliwa kaczka nabyła je razem z obieraczką do warzyw i dwunastokolorowym długopisem na hormonalnym haju w dniu urodzin Biskwita) i o! wreszcie spełniły swoje zadanie.
Błysk kreacji spowodował popłoch wśród nieletnich uczestników imprezy. Presja cekinów i grupy rówieśniczej skłoniła pewną dziewoję w dżinsie do natychmiastowego porzucenia swojej błotnej placówki i odziania się w swoje jak najbardziej odświętne wdzianko.
Jednakoż, bądźmy szczerzy, dziewoja musiałaby przez tydzień tarzać się w kleju i brokacie, aby osiągnąć ten poziom widzianego-z-księżyca-i-sąsiednich-planet błysku reprezentowanego przez kacze dzieci.
Progenitura Bebe, która od narodzin ujawnia niełamliwy charakter oparła się tej presji i tak jak sobie zapewne poprzysięgła, uświetniła imprezę w pidżamie.
W małpki.
Pidżamę tę nosiła onegdaj Dynia, jeszcze wczoraj Biskwit i widok mikroskopijnej Bebiej blondyny udekorowanej rzucikiem z małpek robił kaczce dziwne rzeczy z układem endokrynologicznym oraz działem wspomnień w hipokampie.
(Tu dygresja. Wieczorami uczę maturzystów biologii, więc od niedawna wiem, że hipokamp składa się ze stopy, koryta i strzępka. I dokładnie w takie strzępki poszarpał mi wnętrze rozkoszny widok trzeciego pokolenia w pidżamie z Tesco.)
Stylizacje miały przejściowe znaczenie, gdyż wcześniej lub później, acz raczej wcześniej, cała banda i tak runęła w błota i bagna. Zaletą błysku cekinów jest to, że mimo wszystko łatwiej jest w błotach i bagnach wyłuskać własne dziecko. A nie, że pobierasz jakieś na chybił trafił, pracowicie domywasz i wtedy okazuje się, że nie jest twoim i cała robota na marne.
Dobrze wszak, że był jakiś zew bagien, bo Dynia z Biskwitem trochę wpychały się młodej parze w sesję zdjęciową.
I tu doskonale rozumiem Teściową Bebe i jej dyskretne, bezskuteczne próby dokonania separacji. Jasna, można mieć jedno zdjęcie nowożeńców z cudzymi dziećmi, ale nie sześćset zdjęć z cudzymi dziećmi, a trend szedł, ba! galopował, właśnie w tę stronę (a błysk cekinów – wiadomo -  nadzwyczajnie trudno usunąć fotoszopem). Nie pomagało, że miniBebe w pidżamie wolała okrążać rodziców na rowerku niż pozować do sielanki.
(Tym samym, przepraszamy Teściową, acz w sumie natura nie znosi próżni i cóż zrobić, pustą niszę fotograficzną z miejsca zaanektowały małe kaczki.)
Szczęśliwie dla rodzinnego albumu, trzymająca rękę na pulsie Bebesiostra (pozdrawiamy!) przecięła wstęgę otwierającą bufet, w którym to kacze dzieci odnalazły, jak zwykle, spełnienie i pożarłwszy po cztery funty arbuza, pokrzepiwszy się winogronami, toną pszennych wypieków, wypiwszy cysternę lemoniady, poleciały w te błota i tyle ich widział.
Dzieci w błocie, wysokoprocentowy wyciąg z jednorożca, wbród irlandzkiego likieru, spersonalizowana pizza ugnieciona mi przez córki rękami z bagna, tysiąc placków do wyboru i Austryjak opowiadający przezabawne anegdoty o życiu w Bawarii. Takie to było wesele!
Dynia wytańczywszy jedną parę butów pod światłem stroboskopów uznała imprezę za hit sezonu i jest bardzo zainteresowana tym, ile to jeszcze razy Bebe planuje wychodzić za mąż?
W tym wypadku nie wiem, jak szczerze zabrzmią nasze życzenia: Sto lat, Młodej Parze?


©kaczka

[373]

[20 Sep 2017]

(…)
Nagle zmieniła się pora roku.
Jeszcze przedwczoraj w drodze do fabryki spod stóp pierzchały mi naładowane ultrafioletem jaszczurki, dziś nie ma już jaszczurek.
Są rude wiewiórki o wściekliczym spojrzeniu dźwigające plecaki orzeszków.
Skończył się turnus letni, zaczął się sezon wyborczy.
Z wszystkich dostępnych partii najbardziej rzuca mi się w oczy Alternatywa dla Heimatu, która prawdopodobnie w ramach wymiany międzynarodowej zamieniła się na mózgi z Faragem Nigelem.
Skutkiem tej wykonanej śrubokrętem i widelcem transplantacji, w krzakach, przez które brnę na poranną zmianę, zawisł plakat z gołymi, kobiecymi pośladkami.
Ta - excusez le mot - goła dupa w krzakach jest, tak tłumaczy mi Alternatywa, polityczną kontrofensywą dla modelu kobiety odzianej w burkę i symbolem walki o wolność, godność i niepodległość.
Jako, że przez te krzaki to tylko ja i wiewiórki, mogę zaryzykować opinię, że Alternatywie jeszcze nie udało się nas przekonać.
Alternatywę, taka ciekawostka, reprezentuje w regionie – tak głosi podpis pod pośladkiem - Herr Warzecha*, co w sumie uzasadnia hipotezę, że drugie pokolenie emigrantów chętnie się radykalizuje.
Nie tylko zresztą Herr Warzecha chwyta się w swej kampanii wyborczej niekonwencjonalnych środków. Ulotki Alternatywy odkryłam w rosyjskim supermarkecie, gdym przebierała w mrożonych pierogach. Sztab wyborczy kandydata o równie niemieckim jak Warzecha nazwisku, nawtykał streszczenia swego programu wyborczego (Obcy raus!!!) między kabanosy a ser tylżycki.
Zachodzę w głowę, czy to miała być groźba, czy desperackie poszukiwanie elektoratu, Herr Kuropatkin?*
(Poza tym, trochę za późno z tą kwestią czystości rasy i żeby tak obcy raus. W nowym roku szkolnym w klasie Mastodontów naszpan od angielskiego skatalogował języki nieurzędowe, których używa młodzież i wyszło mu... czternaście. Na dwadzieścioro wychowanków.
Semantyka się rozlała. Nie ma co żałować róż, gdy płoną rodzajniki.
Przypuszczam, że w tym roku to już na pewno wyrzucą Dynię z zajęć wyrównawczych z niemieckiego.)
Polityką zainteresowałam się w momencie, gdy okazało się, że Urząd do Spraw Przesiedleńców przyznał mi omyłkowo obywatelstwo honoris causa i kupon na udział w wyborach.
Czyli tydzień temu.
Kupon, na szczęście, nie jest ważny, stanowi konsekwencję imienia i nazwiska, których kombinacja jest dla urzędu najwyraźniej jeszcze bardziej niemiecka niż potomstwo Kuropatkina skrzyżowanego z Warzechą.
(O, na lewicę też nie mogłabym zagłosować.
Oni na plakatach piszą, że kochają dzieci i przyznają się do tego Comic Sansem.)

Na cóż mi zresztą polityka międzynarodowa, gdy biorę udział w zupełnie innych, emocjonujących zawodach organizowanych corocznie w okolicach września przez placówki edukacyjne.
Zawodach pod tytułem: Zorganizuj artefakt na czas!
Zorganizowałam już tak skoroszyt w kolorze, jak wynikało z notatek Dyni, ORANSCHE. Pojechałam po ten skoroszyt do sąsiedniego miasta stołecznego. Nie zdobyłam, niestety, maksymalnej ilości punktów, gdyż jak się okazało, skoroszyt – tak oceniła naszpani - nie jest dostatecznie ORANSCHE. Faktycznie, nie jest. Już w sklepie przeprowadziłam badania na szerokiej grupie respondentów i każdy deklarował inny odcień w skali Pantone. Niestety, pomarańczowsze wykupiono już w kwietniu.
Wczoraj o poranku, szukałam pędzli i kubła na wodę.
Teraz tropię w internetach biały trykot do pływania w Jeziorze Łabędzim. (Znalazłam w okolicach Newcastle.)
Przedwczoraj w popłochu kompletowałam strój nindży z czarnych kalesonów i antracytowego golfu, klnąc, że onegdaj pożałowałam na urzędowy mundurek.
Dziś pożyczałam od sąsiadów jabłko. (Martwa natura na zajęcia z malarstwa. Prawie tak martwa, jak cisza, która zapadła, gdy o świcie Dynia zapytała, czy aby przeczytałam w jej myślach, by wyposażyć ją w kwintal fruktów z hektara?)
A potem jeszcze, nadobowiązkowo, goniłam ślimaka, którego przysposobił Biskwit.
Biskwit przyniósł ślimaka z ogródka, ochrzcił, trzyma go pod poduszką i próbuje udomowić.
A winniczek z racji swej dzikiej natury próbuje uciec.
Raczej jednak bez powodzenia.
Myślę, że w końcu wybierze wewnętrzną emigrację.
Tak jak ja.



* zmieniłam nazwiska obu kandydatów, by nie przykładać klawiatury do ich promocji 
 
©kaczka

[372]

[14 Sep 2017]

(…)
Było to tak.
Norweski zobowiązał się zapisać dziecko do szkolnej świetlicy.
W tym celu pozyskał z urzędu ryzę druków i formularzy do wypełnienia.
Wypełnione urzędalia poparł papierowym akordeonikiem dodatkowych zaświadczeń, okazał drzewo genealogiczne, wyciął z kartofla zestaw pieczątek, zaoferował wgląd w historię chorób dziedzicznych rodu, przedstawił kartę badań stomatologicznych, sporządził wykres naszych dochodów i trzysta razy podpisał się w różnych kratkach.
Urząd zassał to wszystko jak potwór z bagien i nie wypluł żadnego szkieletu informacji zwrotnej.
Takoż pierwszego poranka obowiązku szkolnego panowała w naszym domu atmosfera histerycznego napięcia. Na godzinę przed rozpoczęciem lekcji nadal nie było wiadomo, czy dziecko dostało miejsce w przechowalni i na której półce.
Potwór z bagien był nieuchwytny, gdyż, jak opowiadał w skrzynce głosowej, zażywa wakacji i można do niego pisać na Baden Baden.
Na piętnaście minut przed rozpoczęciem lekcji kolejka do sekretariatu w Ofiarach Holocaustu przypominała kilometrażem te czasy, gdy to mieszkańcom kraju ościennego wydzielano salceson na kartki, który to mogli sobie oni schłodzić zimną wojną i owinąć w żelazną kurtynę.
W skrzydle świetlicy naszpanie podkreślały w rozmowie swój zawodowy profesjonalizm, ale nieszczególnie mogły pomóc, bo były oddziałem oddelegowanym do peklowania dzieci porannych.
Same zresztą zmagały się z próbą zinwentaryzowania swoich podopiecznych.
Podopieczni, jako żywo, przypominali pasażerów trzeciej klasy Titanica w próbie ewakuacji z tonącego okrętu.
Pomyślałam tedy, że wrócę w samo południe i łokciami niezłomnej matki Polki przetrę dziecku szlak ku świetliczanej szczęśliwości.
Gdy wróciłam, szkoła nadal stała w tym samym miejscu, choć wydawało się, że napierająca na nią masa przyszłości narodu przesunie ją albo złoży w kostkę siłą powakacyjnej adrenaliny.
Przebiłam się przez tłum oczekujących na swe cherubięta protoplastów i uderzyłam do pierwszych drzwi świetlicy, gdzie naszpani nie miała na liście mego dziecka, ale mogła zaofiarować przepis na cynaderki, bo się nim akuratnie dzieliła z inną naszpanią. Współrzędne Dyni odnalazłam dopiero w czwartych drzwiach, gdzie tamtejsza naszpani wyjęła z kieszeni fragment starej koperty, na którym faktycznie stało nasze rodowe nazwisko, ale, że jest ono najpospolitszym przymiotnikiem oraz chyba jednym z najpopularniejszych nazwisk po tej stronie Odry, trudno powiedzieć, czy nie był to przypadek i czy faktycznie chodziło o Dynię, a nie o rozmiar komody albo, oceniając po wyglądzie koperty, o jakiegoś byłego absolwenta Ofiar. Lekką ręką, rocznik '86.
- Gott sei Dank! Co za ulga! - zwierzyłam się bardzo wylewnie naszpani. - Gdyż o poranku ja się tak straszliwie bałam, takie mną targały niepokoje, obawy i lęki, że...
Tu nie zdążyłam dokończyć, że te obawy dotyczyły wyłącznie potencjalnego braku miejsca w obiekcie opiekuńczym, bo naszpani wdepnęła mi w słowo, przytuliła do piersi i zaczęła tłumaczyć, że to normalne, że czuję te obawy, że dzieci wykazują niesłychane zdolności adaptacyjne i znoszą rozstania lepiej niż rodzice, i że idea świetlicyzmu ma w placówce tysiącletnią tradycję, a ja odtąd powierzam swoje potomstwo doświadczonej i wykwalifikowanej kadrze specjalistów. W międzyczasie pojawiła się w drzwiach kolejna naszpani, którą moja naszpani odesłała niecierpliwym gestem i teatralnym szeptem: Oddal się Bettino, gdyż ja tu terapeutyzuję przypadek matki z lękiem separacyjnym.
W tym momencie do świetlicy wpadła Dynia wniesiona przez czterech kolegów (piąty niósł jej teczkę), rzuciła mi w locie jakiś nędzny ochłap powitania, zaanektowała miejscówkę i oświadczyła łaskawie, że mogę ją odebrać za miesiąc albo przynajmniej po obiedzie ze sznycla i kartoflanej brei.
- A za te sznycle pani zapłaciła? - zaczęła drążyć temat naszpani trochę jakby straumatyzowana falą uderzeniową Dyni i jej towarzyszy.
- Mąż zapłacił! - skłamałam i odważnie wytrzymawszy podejrzliwe spojrzenie naszpani uznałam, że pora się i matczyną pępowinę zwijać.
Byłam pewna, że nie zapłacił, bo z faktów odcedzonych ze strumienia wulgaryzmów, które Norweski emitował kilka dni wcześniej wynikało, że system elektronicznego zamawiania szkolnego kateringu przekierowywał go z fantazją i z uporem na stronę Domu Spokojnej Starości i do dziś nie wiadomo, ile sznycli i właściwie komu zasponsorował tam Norweski.
Wróciłam po Dynię po sznyclach. Igrała w gigantycznym pałacu Barbie zrobionym przed dwudziestu laty z rakotwórczego plastiku i wyposażonym w elektryczną (!) windę. Z wrodzoną dyplomacją, subtelnie i między wierszami Dynia powiedziała mi, że katering Herr Fritza robi lepsze sznycle niż ja.
Ze sznyclem w panierce to ja nie wygram.
A do tego jeszcze ta winda!
(...)
Na odchodne naszpani wręczyła mi plik formularzy, których wypełnienie umożliwić miało autoryzowane odbieranie dziecka przez osoby postronne.
Wypełniłam je gorliwie i przykazałam dziecku oddać je w profesjonalne ręce naszpań.
Wczoraj znalazłam je ugniecione w kulkę na dnie plecaka.
Nie muszę dodawać, że osoby postronne mimo tego odbierały dziecko.



(...)
Kwestia nieopłaconego sznycla powróciła bumerangiem już następnego dnia, po tym, gdy nieroztropnie wręczyliśmy komplet dokumentów aplikacyjnych szkolnej sekretarce. Szkolna sekretarka przyjęła dokumenty i wysłała je pocztą prawdopodobnie do Bundestagu. Tymczasem cała grupa świetlicowa musiała, jak cierpko wyjaśniła mi w telefonie naszpani, odkładać dla Dyni ze swych porcji po kartoflu, a to i tak było za mało, bo czy pani sobie wyobraża, ile pani dziecko potrafi zjeść, pani kaczko?
(Tak. Dynia weszła właśnie w jakiś kolejny etap akcelerowanego wzrostu i na kolację to, na przykład, zjada bochen chleba obłożony dla wygody całą lodówką.)
- I dlaczego to nie mnie oddała pani ten wniosek o sznycel? - wpadła w nerwowy rezonans naszpani.
Nie wiem!
Może dlatego, że na wniosku stało, że można go zostawić w sekretariacie?
A może dlatego, że skoro naszpani jest jedyną depozytariuszką wniosków o obiady i skoro widzi mnie pierwszy raz na oczy i wie, że przez internet nikt jeszcze niczego z Herr Fritzem nie załatwił to może założyć, że ten sznycel, po który wyciąga ręce moje dziecko jest nieopłacony i zapobiec tragedii, czyli temu, że Dynia zje wszystkie kartofle i wszystkie sznycle, a gdy zabraknie prowiantu to zacznie nadgryzać współosadzonych.



(…)
Francuskie, akredytowane laboratorium nadesłało mi siedemset stron urzędowych, oficjalnych raportów ze zleconych analiz.
Siedemset stron Comic Sansem.

(...)
W tym roku mija ponoć siedemdziesiąta rocznica katastrofy w Roswell.
Boże, jak ja jakoś dosadnie ostatnio rozumiem, co musieli przeżywać ci kosmici w zderzeniu z ziemską logiką.

©kaczka

Żyję!

[4 Sep 2017]

(…)
Żyję.
Aczkolwiek czuję się tak, jakbym na jedenaste piętro bez windy wniosła w zastępstwie Atlasa cały glob.
Dwa razy.
Nieszczególnie dołożyło się do mentalnego wywczasu, iż podczas przeprowadzki mój złakniony wyzwań organizm po raz trzeci z rzędu zakontraktował ospę wietrzną.
Jackpot na immunoloterii.
Trzy leukocyty zamiast wisienek.
Za trzecim razem ospa może już nie tak rozrzutnie dekoruje ofiarę rzucikiem w kropki, ale niezmiennie odbiera chęć życia i noszenia paczek z jednego końca ulicy na drugi.
Miałam podczas tej przeprowadzki taki moment, wyjęty jakby prosto z Hotelu Zacisze, że wieszałam abażur, a może łeb łosia, w każdej ręce trzymając jakąś siatkę, co pozwalało mi rozdrapywać ospę wyłącznie stopami. Stałam na drabinie, trawiona gorączką, z policzkiem wklejonym w sufit, w zębach trzymałam śrubokręt, pod drabiną stał Biskwit i krzyczał, że nikt go nie kocha i że należy go natychmiast przytulić, a na to weszła Hauptcioteczka i zapytała, wzdychając ciężko, kiedy to ja wreszcie zamierzam zabrać swoje rzeczy z jej szafy? Sprecyzujmy, tej szafy oddalonej siedemset kilometrów w linii prostej od naszego nowego lokalu.
(Dla jasności, jeśli faktycznie są w tej szafie jakieś moje rzeczy, acz powątpiewam, to ich relokacja nie miałaby najmniejszego wpływu na introdukowanie skandynawskiego minimalizmu na kwaterze u
Hauptcioteczki.)
I to był ten moment, gdy bez słowa zeszłam z drabiny, zabrałam i siatki, i ospę, i abażur, i zaczęłam iść przed siebie ku szosie na Berlin, żeby autostopem dotrzeć do szafy i ją opróżnić. Tyle, że Norweski zatrzymał mnie, gdy dochodziłam do końca ulicy, zawrócił i odłożył na stojącą na chodniku sofę, na której usnęłam snem raczej delirycznym.
I spałam przez kilka lat albo dwadzieścia minut.

Można by pomyśleć, że w zaistniałej sytuacji praca zawodowa to moja psychiczna ucieczka i sanatorium dla nerwowo wyczerpanych.
Niestety, inspektor z Departamentu do Spraw Najwyższej Higieny i Ostatecznego Porządku ma lada dzień pojawić się w fabryce z niezapowiedzianą kontrolą. Byłabym o wiele spokojniejsza, gdybym przed tym wydarzeniem wyeksmitowała kolonię polnych myszy, które zalęgły mi się w laboratorium.

W tejże pracy ostatnio otrzymałam z przydziału słuchawki do telefonu, gdyż faktycznie dużo gawędzę z bakteriami. Słuchawki były w pudełku z napisem 'Headset for call center', co i owszem skłoniło mnie do smutnej refleksji nad zaskakującym kierunkiem jaki obrała moja kariera zawodowa. Jednakoż godzinę później, odebrałam list od Kate Middleton na temat zalet mikroskopii elektronowej i znów poczułam, że obracam się w wyższych sferach.
Gdybym tak tylko jeszcze te myszy jak flecista z Hameln...

©kaczka